Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS
piątek, 27 sierpnia 2010

Oj, wylałam już wiele kubłów zimnej wody na słoneczną Italię. Nie raz malowałam na tym blogu Włochy w pesymistycznych kolorach, dając upust swojemu niezadowoleniu, ale też przekorze, którą raz za razem rozjusza włoska megalomania. Dziś jednak sza! Przekorę wysłałam na upragnione wakacje w krainie życzliwości, a niezadowolenie uśmierzyłam lodami z zielonymi pistacjami z Bronte.  Nie będę się bawić we Frances Mayes i zachwycać chłopcami pędzącymi na Vespach wąskimi uliczkami średniowiecznych miasteczek, zapachami pomidorów dojrzewającymi pod słońcem Toskanii czy smakiem pizzy  z pieca opalanego drewnem. Pokażę Wam jednak kilka włoskich zjawisk, które nieustannie wywołują u mnie uśmiech. I oczywiście nie oznacza to, że pizzy, Toskanii  czy parmigiano reggiano nie uwielbiam, w gruncie rzeczy przecież wszyscy je kochamy.

Aperitivo po pracy

Moja ulubiona pora pracowicie spędzonego dnia to późne popołudnie, kiedy ktoś w biurze rzuca to może dziś aperitivo? Zawsze się piszę, uwielbiam te niewymuszone wieczory, kiedy zamawiamy drinki w barze  za rogiem i w kilka minut po wyjściu z pracy zaczynamy się relaksować.  Tradycja włoskiego aperitivo sięga XVIII wieku, kiedy w Turynie został wynaleziony vermouth. Najpierw Włosi spotykali  się na szybki kieliszeczek trawiennego likieru przed kolacją, który miał za zadanie pobudzić apetyt. Z czasem jednak wybór drinków rozszerzył się o aromatyczne wina i egzotyczne koktaile, doszły bogate przekąski (niektóre bary serwują wręcz gorące dania i desery), które teraz w zupełności zastępują sytą kolację. I tylko jedna rzecz się nie zmieniła od początku - w odróżnieniu od chociażby hiszpańskich tapas - płaci się jedynie za  sączony aperitiv.

Boh i inne wykrzykniki

Do melodii włoskiego języka już się przyzwyczaiłam, choć ciągle mam kilka ulubionych dialektów, których ni w ząb nie rozumiem.  W języku ojczystym Dantego  uwielbiam  przede wszystkim dziesiątki wstawek i wykrzykników, którymi Włosi ozdabiają swoje wypowiedzi. Oczywiście każdy język ma swoje ochy, eje i achy, ale tak wiele barwnych wstawek mają jedynie Włosi. Mam nawet kolegę, Belga, który  napisał pracę magisterską na temat wykrzyknika boh (czasami pisany jako bho oznacza po prostu wzruszenie ramion równoznaczne z krótkim nie wiem, nie mam pojęcia). Oprócz boh, strasznie lubię ueila, uè, beh, mah, ehi, ohi, uffa... Każdy wyraża coś innego, radość, niepewność, podekscytowanie, zrezygnowanie czy zniecierpliwienie, a często ma i własną wersję w lokalnym dialekcie. Język bardziej kolorowy niż włoska flaga. A tak przy okazji, porównywaliście kiedyś wykrzykniki naśladujące głosy zwierzęce w różnych językach? Czasami można pęknąć ze śmiechu.

Romantyczne napisy i kłódki na mostach

Jednym się podobają, inni uważają je za spory kicz. Ja należę do pierwszej grupy prawdopodobnie dlatego, że nie kojarzę ich z romantycznymi blockbusterami dla włoskiej młodzieży, w których są elementami obowiązkowymi. Chodzi o transparenty i napisy zawieszane zazwyczaj na wiaduktach, które zawierają miłosne wyznania w stylu Julio, jestem na zawsze twój, Federico. Czasami są naprawdę oryginalne i co ciekawe, zazwyczaj są to wyznania dla dziewczyn od chłopców. I jeżeli ja jadąc samochodem przejeżdżam pod tak ozdobionym mostem i uśmiecham się pod nosem, jakże muszą się czuć zakochane nastolatki, które rozpoznają w napisach wiadomość dla siebie. Czasami, zdaje się jednak, transparenty służą też  zdradzonym lub rozczarowanym sercom. Niedawno widziałam napis: Sei brutta! Jesteś brzydka! Popłakałam się ze śmiechu.

Z kolei zamykane na słupach kłódki i obowiązkowo wyrzucane precz kluczyki  to symbol wiecznej miłości, którą przysięgają sobie nastolatkowie. Zresztą lampa na rzymskim moście Milvio, która pojawiła się w jednym z miłosnych przebojów filmowych i na której pojawiło się najwięcej kłódek, dość szybko runęła pod naporem ciężaru. Pewnie podobnie jak wiele związków na niej uwiecznionych. Tak czy siak urocze zwyczaje.

Zapach kawy i świeżych brioche o poranku

Tutaj polecę prawdopodobnie Francis Mayes (tak mi się przynajmniej wydaje, bo jej ksiażek nie miałam okazji czytać). Codziennie rano idę do pracy ulicą, która pachnie. Zapach świeżo wyciągniętych z pieca brioche miło pobudza nozdrza jeszcze w metrze (zapraszam na stację Cadorna w Mediolanie, istny raj zapachów o poranku) aby na zewnątrz na dobre obudzić nawet największego śpiocha aromatem smolistego espresso. Mijając kolejne bary czy piekarnie z przyjemnością wdycham słodkie i orzeźwiające zapachy, czasami tak pociągające, że wstępuję po drodze do ulubionej kawiarni i kupuję jeszcze ciepłego rogalika. Kawę za to wolę zdecydowanie wąchać niż pić, co ciężko pojąć Włochom, którzy bez  caffè macchiato czy marocchino nie potrafią przeżyć połowy dnia. Nie przesiadują jednak godzinami nad kubkiem dymiącego cappuccino posypanego cynamonem. Traktują espresso jak sposób na przeżycie, aplikując je jednym haustem na stojąco i jak nowo narodzeni zaraz biegną dalej delektując się słodkim smakiem  na podniebieniu. Podoba mi się rezerwa, z jaką traktują ukochaną kawę. Pozornie nie okazują jej uczuć, ale codziennie wracają do tego samego baru, gdzie znajomy kelner podaje im to, co zawsze. Nie mogą bez niej żyć...

Tagi: Włochy
22:40, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (35) »
niedziela, 22 sierpnia 2010

Za górami, za morzami czyli opowieści wakacyjne czas zacząć. Po żywiołowym początku w Kordobie i Grenadzie, o którym napiszę już wkrótce, zgodnie z planami zaszyliśmy się na kilka dni w absolutnej ciszy i pustkowiu. Przylądek Cabo de Gata mało popularny fragment andaluzyjskiego wybrzeża, który w dużej części jest parkiem naturalnym, nadawał się do tego idealnie.  Brak rozbudowanej infrastruktury turystycznej i pustawe plaże to dokładnie to, czego szukaliśmy.

 

 

 

Wynajmowaliśmy typowo andaluzyjski, biały domek, który znajdował się w oddaleniu od i tak niewielkich miejscowości wypoczynkowych. Do snu kołysał nas wiatr, a rano budziło nas pianie kogutów z pobliskich gospodarstw. Cisza i poczucie osamotnienia, która panowały wokół nas  bywały momentami wręcz niepokojące. Nie działały nam komórki, nie było dostępu do internetu. Jednak w godzinach największych upałów z przyjemnością chowaliśmy się w przewiewnym patio naszego domku czytając książki, aby poranki lub popołudnia spędzać nad morzem. Szczególnie upodobaliśmy sobie plażę w miejscowości Cabo de Gata, nie opodal której lądowały różowe  flamingi. Równie chętnie zaglądaliśmy do położonej bardziej na pólnocny wschód Agua Amarga, podobno najnowszej modnej mety madryckich młodych wilków, których jednak nie uraczyliśmy. Agua Amarga okazała się senną choć bardzo urokliwą miejscowością z niskimi, białymi zabudowaniami, gdzie serwowano całkiem niezłe samorejo (andaluzyjskie gazpacho) i najgorszą pizzę, jaką w życiu miałam okazję jeść.

 

 

Dni toczyły się powolnie i leniwie, mimo wysokich temperatur cały czas wiał orzeźwiający wiatr. Prawie codziennie udawało się mi zdrzemnąć popołudniową porą, co zdarza się mi wyłącznie w czasie wakacji i wyłącznie w stanie absolutnego zrelaksowania. Nawet plażowanie, które ostatnio bardzo mnie męczy, wyjątkowo sprawiało mi przyjemność, choć tradycyjnie już wróciłam nieopalona.

 

 

Uparte słońce dopadło mnie jednak w górach. Jak tylko wróciliśmu z Andaluzji, wyrzuciliśmy z walizek słomkowe kapelusze, wymieniając je na ciepłe bluzy i górskie buty, i ruszyliśmy w Dolomity. Dotychczas włoskie góry znałam jedynie w wersji zimowej. Jednak w obliczu upałów, jakie panowały w lipcu, w poszukiwaniu chłodu nie raz uciekaliśmy do  pobliskiej Doliny Aosty. Nawet moje urodziny spędziliśmy zajadając polentę z prawdziwkami w schronisku i wylegując się na trawiastych szczytach. Dlatego postanowiliśmy, że tegoroczne upalne wakacje ukoronujemy krótką wyprawą w chłodne rejony Południowego Tyrolu. Taki orzeźwiający prysznic przed powrotem do ciągle dusznego Mediolanu.

 

 

Przewidując  pochmurne, deszczowe dni zaopatrzyliśmy się w laptop i kilka filmów, planując alternatywę dla górskich wycieczek w postaci wylegiwania się w łóżku. Pogoda jednak dopisała i spędziliśmy dwa dni chodząc po górach. Żeby nie było - wybieraliśmy amatorskie szlaki, które bardziej przypominały spacery w parku niż górską wspinaczkę. Choć urodziłam się w Beskidach  i po górach chodziłam regularnie aż do końca liceum, dziś zostało mi niewiele z dawnych umiejętności i góry odkrywam na nowo.

 

 

Alto Adige (Południowy Tyrol) oferuje sielskie widoki rodem z reklam Milki. Krowy modelki wylegują się na bajecznie zielonych stokach, górskie chatki tylko czekają na wizytę świstaka. Miejscami miałam wrażenie, że tym krajobrazom z regularnie koszonymi pagórkami  brakuje dzikości i, jak dziwnie to zabrzmi, naturalności.

 

 

 

Region jest jednak wart odwiedzenia nie tylko ze względu na zniewalające widoki, ale również charakterystyczną kulturę, która łączy tradycje włoskie i tyrolskie. Alto Adige do 1919 roku należało do monarchii austriackiej i do dziś nawet młodzi mieszkańcy tych terenów nie czują się  Włochami. Mówią po włosku z niemieckim akcentem,  noszą niemiecko brzmiące nazwiska, w ich kuchni więcej potraw z ziemniakami niż makaronami, a wśród deserów nie panuje tiramisù, ale strudel. W latach siedemdziesiątych włoscy Tyrolczycy wywalczyli sobie autonomię, dzięki której nazwy miejscowości są dziś dwujęzyczne, a oni sami w szkołach uczą się równolegle niemieckiego i włoskiego.

 

Pierwszy raz spędziliśmy część letniego urlopu w górach. Szukaliśmy nowych wrażeń, ale przede wszystkim chłodu i ciszy, których ciężko zaznać na zatłoczonych plażach. Mimo to, eF bez wahania palmę pierwszeństwa przyznał ponownie wakacjom nad morzem. Ja ciągle się waham, bo nadmorskie upały mnie męczą, a w górach znalazłam upragnioną ciszę i samotność. Z drugiej strony nie ma jednak nic bardziej uspokajającego niż szum fal i zapach swieżej bryzy, a górskie widoki, w których się wychowałam, nigdy nie będą dla mnie tak pociągające jak te morskie. I już już skłaniam się ku morzu, kiedy przypominam sobie niebiański smak  ciasta ze swieżo zebranymi leśnymi malinami, które jedliśmy w  schronisku. Takie rzeczy to jednak tylko w górach. I jak tu wybrać?

 

 

A wy  jakie wakacje wolicie?  Nad morzem, w górach? Opalanie na plaży czy leśne wspinaczki?

niedziela, 25 lipca 2010

Bez obaw, nie o San Remo tu mowa. Fakt, będzie dużo włoskiej muzyki i zakulisowych plotek, ale subiektywnej preselekcji dokonałam ja, a w jury zasiadacie Wy. Piosenki zresztą nieprzypadkowe bo filmowe. Do tego wszystkie niezwykłe, podobnie jak filmy, z których pochodzą. Zapraszam (wystarczy kliknąć tytuł albo kolaż zdjęc)!

 

Parla Piano - Vinicio Capossela

z filmu Dieci Inverni (Dziesięć zim) w reżyserii Valerio Mieli

Przepiękny debiutancki film Valerio Mieli, który historią i jej klimatem niesamowicie przypomina  Samotność liczb pierwszych Paolo Giordano. Nietypowa włoska sceneria - 10 kolejnych zim na weneckich wysepkach, zimno, mgła i szare morze. A wśród tej scenerii nieporadna przyjaźń i miłość dwóch nietuzinkowych studentów Silvestro i Camilii. Ciekawostką jest, że autor i wykonawca piosenki Parla Piano, zresztą wybitny włoski muzyk, pojawia się w jednej ze scen filmu - gra w czasie rosyjskiego wesela, na który zostali zaproszeni główni bohaterowie. Posłuchajcie, piosenka jest bardzo piękna.

 

 

 

L'ultimo bacio - Carmen Consoli

z filmu L'ultimo bacio (Ostatni pocałunek) w reżyserii Gabriele Muccino

Kultowa już historia miłosna sprzed dziesięciu lat, która doczekała się nagrody publiczności na festiwalu w Sundance, amerykańskiego covera pt Last Kiss, a w tym roku sequela Bacami Ancora. W drugiej części nie zagrała główna żeńska bohaterka Giovanna Mezzogiorno, która w czasie realizacji pierwszej części była uczuciowo związana ze swoim ekranowym partnerem - Stefano Accorsi. Pewnie do dziś nie przebaczyła mu, że związał się z jedną z najpiękniejszych kobiet świata - Laetitią Castą. A piosenkę L'ultimo bacio śpiewa moja ulubiona włoska wokalistka o niebywałym głosie i urodzie.

 

 

Insieme con te non ci sto più - Caterina Caselli (napisana przez Paolo Conte)

z filmu La stanza del figlio (Pokój syna) - reż. Nanni Moretti

Tego filmu przedstawiać chyba nie trzeba nikomu. Jeden z najsłynniejszych obrazów włoskich ostatnich dziesięciu lat. Historia zwyczajnej rodziny z Ancony, która boryka się z nagłą stratą syna. Piosenka, którą tu cytuję, pojawia się gdzieś na początku filmu, kiedy rodzina wiedzie jeszcze spokojne, szczęśliwe życie. Ich wersja piosenki Cateriny Caselli śpiewana w samochodzie przyprawia jednak o  spory ból ucha. Ciekawostką jest, że  piosenka pojawia się jeszcze w kilku innych włoskich filmach, a pochodzi z 1968 roku.

 

 

 

 

Mio fratello è figlio unico - Rino Gaetano

Mio fratello è figlio unico (Mój brat jest jedynakiem) - reż. Daniele Luchetti

Nie wiem, czy ten film był pokazywany w polskich kinach, ale nazwisko reżysera warto zapamiętać, sama będę do niego na pewno wracać. Teraz za to zwrócę Wam uwagę na jednego z dwóch głównych bohaterów filmu - Riccardo Scamarcio. To jedno z najgorętszych nazwisk włoskiego świata filmowego. Sex symbol i nadzieja włoskiego aktorstwa. A do tego od kilku lat partner starszej od siebie od trzynaście lat Valerii Golino. Podoba się Wam? Mnie początkowo nie, dopóki nie obejrzałam go sobie dokładnie na ekranie. Fascynujący (w białej koszuli w pierwszym rzędzie, na większym zdjęciu w drugim). A piosenka, która pochodzi z 1976 roku, nadała tytuł filmowi i jednoznacznie się z nim kojarzy, ale w samym filmie się nie pojawia.

 

 

 

50mila - Nina Zilli

z filmu Mine vaganti w reżyserii Ferzana Ozpetka

Na koniec prawdopodobnie najbardziej wpadająca w ucho piosenka z najnowszego filmu Ferzana Ozpetka, który lada dzień wchodzi do polskich kin. Przemilczę okrutny podtytuł, jaki zaserwował widzom polski dystrybutor. Powiem tylko, że jest żenujący i robi straszną krzywdę obrazowi, który, jak pozostałe filmy Ozpetka, jest czymś więcej niż tylko zabawną historią. A już makarony są w tym filmie najmniej istotne! Ale fakt, Mine vaganti to film wyjątkowo śmieszny, nawet ja, która większość komedii ogląda ze śmiertelnie poważną miną, płakałam ze śmiechu. No a zobaczyć Riccardo Scamarcio śpiewającego przed lustrem 50mila - bezcenne.

 

Cin qua nta miiiillaalaaacrime nonbaa ste rannoperchè... O przepraszam, się zapomniałam... To tyle na dziś! Mam nadzieję, że udało się mi przemycić coś, co Was zaciekawiło, czy to w kwestii muzyki czy włoskiego filmu.  Ostatnio oglądam mnóstwo włoskich produkcji, znajdzie się więc wystarczająco dużo filmów i na drugą edycję przeglądu. Tak więc do usłyszenia, alla prossima!

poniedziałek, 12 lipca 2010

Świat nura Aleksandra Kościowa należy do tych książek, które zaczyna się czytać na nowo ledwie się je skończy. Pozostawiają nas bez odpowiedzi na nasze pytania albo dają niepozorny klucz do nich dopiero na ostatnich stronach.  Takie książki są jak nocny lot nad uśpionym miastem, kiedy na chwilę zaglądamy w różne miejsca i zaraz ruszamy dalej, nie widząc, jak kończą się historie spotkanych przelotem osób. Uświadamiają, że rozwiązanie tkwi w nas, w naszej wyobraźni i pamięci.

Kościów stworzył miniaturkę naszego świata, gdzie wszystko coś nam przypomina, ale równocześnie jest inne od tego, co znamy. Imiona osób, nazwy sklepów, ulic, restauracji są jakby znajome, ale jednak obce. To to uczucie, kiedy czasami mamy wrażenie, że już przeżyliśmy sytuację, w której właśnie się znajdujemy. I nigdy nie wiemy, czy to wspomnienie czy może sen.  Czy fragment jakiejś innej rzeczywistości, w której już kiedyś byliśmy. Właśnie ta dwoistość świata, niezależnie czy nazwiemy ją niebem i piekłem, życiem po życiu, snem i jawą, czy w końcu różnymi poziomami  tej samej rzeczywistości, czy po prostu dwoma równoległymi światami, w których możemy funkcjonować, jest główną cechą świata nura.

O co może prosić pojawiające się i znikające wspomnienie? (...) O nazwanie go. (str. 437) Tym w gruncie rzeczy zajmuje się główny bohater powieści - Arrlo. Szuka odpowiedzi na nękające go pytania, przywoływane przez innych wspomnienia i sny, próbuje sprostać oczekiwaniom osób, które wiedzą o nim coś, czego on nie może sobie przypomnieć. Nie sposób w kilku słowach streścić wielowątkowy Świat nura. To nie tyle historia szkatułkowa, co wielki pokój po sufit zawalony szkatułkami zawierającymi mniejsze szkatułki zawierające mniejsze szkatułki... Kanwa historii jest taka: Arrlo jest antykwariuszem, który kiepsko zna się na książkach, poza tą jedną, której nigdy nie czytał, ale którą musi odnaleźć. Pomaga mu w tym nowopoznana dziewczyna o imieniu Harley, która również  szuka odpowiedzi zawartych w tajemniczym zbiorze Pielęgnacja i tożsamość drzew. Przynajmniej do czasu swojego tajemniczego zniknięcia...

 

Świat nura jest oniryczny, z pozoru zwyczajny,  szary i mglisty, a jednak pełen  dziwnych korytarzy, gdzie drzwi wychodzą na morskie nabrzeże, a w tunelach metra mieszczą się  sekretne kluby  nocne.  Pozornie zwyczajni bohaterowie okazują się mistrzami gry w flippery, płatnymi mordercami, miłośnikami pączków z dżemem, zaklinaczami instrumentów muzycznych albo drzewami. Ta ambiwalentna atmosfera, gdzie nic nie jest jasne i gdzie ciągle mnożą się pytania, sprawia, że czytelnik zaczyna na własną rękę podążać labiryntami: czy w związku Arrlo i Harley nie  ma przypadkiem analogii do nieszczęśliwej miłości pani Padmo i dr Surmeanna? Obie kobiety nagle znikają, funkcjonują gdzieś między światami. Do tego mają ten sam naszyjnik! Może to nie matka i córka, ale ta sama osoba funkcjonująca w dwóch różnych rzeczywistościach? Ach, więc może Arrlo to młode wcielenie dr Surmeanna, który wcześniej był szamanem ze snów antykwariusza? W końcu Arrlo wchodzi do naszych snów (naprawdę był u mnie) i sami zaczynamy gubić się na granicy dwóch światów, tworząc kolejną szkatułkę...

Powieść przeleżała na mojej półce chyba z rok. Ale kiedy w końcu po nią sięgnęłam, rozpoczęła się uczta. Po pierwsze uczta językowa. Kościów pisze fantastycznie, bawi się językiem jak plasteliną, obdarzając swojego bohatera stoickim charakterem i nieszablowanym sposobem myślenia.  Dzięki temu Arrlo stał się jednym z moich ulubionych bohaterów literackich. Po drugie uczta doznań  czyli realizm magiczny rodem z Murakamiego. Między pisarzami jest jednak jedna fundamentalna różnica. Bohaterowie Murakamiego są samotnikami z wyboru, urodzonymi melancholikami i samotnikami, którzy nadzwyczaj dobrze czują się w onirycznej rzeczywistości. Arrlo z kolei to sympatyczny, całkiem towarzyski i dowcipny facet, który zupełnie nie może odnaleźć się w dziwnych dla siebie realiach. Ciągle się dziwi, wątpi i marzy tylko o tym, żeby móc w końcu wrócić do domu i się wykąpać. Strasznie fajny facet. Świetny pisarz. Fantastyczna książka.

 

 

Obie grafiki, które doskonale wpisują się w klimat powieści, są autorstwa M.C. Eschera. Nie bez przyczyny druga z nich znalazła się na okładce powieści wydanej przez Muzę SA.

Świat nura Aleksandra Kościów należy do tych książek, które zaczyna się czytać na nowo ledwie się je skończy. Pozostawiają nas bez odpowiedzi na nasze pytania albo dają niepozorny klucz do nich dopiero na ostatnich stronach.  Takie książki to jak nocny lot nad uśpionym miastem, kiedy na chwilę zaglądamy w różne miejsca i zaraz ruszamy dalej, nie widząc, jak kończą się historie spotkanych przelotem osób. Uświadamiają, że rozwiązanie tkwi w nas, w naszej wyobraźni i pamięci.

Kościów stworzył miniaturkę naszego świata, gdzie wszystko coś nam przypomina, ale równocześnie jest inne, od tego co znamy. Imiona osób, nazwy sklepów, ulic, restauracji są jakby znajome, ale jednak obce. To to uczucie, kiedy czasami mamy wrażenie, że już przeżyliśmy sytuację, w której właśnie się znajdujemy. I nigdy nie wiemy, czy to wspomnienie czy może sen.  Czy fragment jakiejś innej rzeczywistości, w której już kiedyś byliśmy...

O co może prosić pojawiające się i znikające wspomnienie? (...) O nazwanie go. (str. 437) Tym w gruncie rzeczy zajmuje się główny bohater powieści - Arrlo. Szuka odpowiedzi na nękające go pytania, przywoływane przez innych wspomnienia i sny, próbuje sprostać oczekiwaniom osób, które wiedzą o nim coś, o czy on nie może sobie przypomnieć. Nie sposób w kilku słowach streścić treść Świata nura. To nie tyle historia szkatułkowa, co wielki pokój po sufit zawalony szkatułkami zawierającymi mniejsze szkatułki, zawierające mniejsze szkatułki... Kanwa historii jest taka: Arrlo jest antykwariuszem, który kiepsko zna się na książkach, poza tą jedną, której nigdy nie czytał, ale którą musi odnaleźć. Pomaga mu w tym nowopoznana dziewczyna o imieniu Harley, która również  szuka odpowiedzi zawartych w tajemniczym zbiorze Pielęgnacja i tożsamość drzew. Do czasu swojego tajemniczego zniknięcia...

Świat nura jest oniryczny, z pozoru zwyczajny,  szary i mglisty, a jednak pełen  dziwnych korytarzy, gdzie drzwi wychodzą na morskie nabrzeże, a wtunelach metra mieszczą się  sekretne kluby  nocne.  Pozornie zwyczajni bohaterowie okazują się mistrzami gry w flippery, płatnymi mordercami, miłośnikami pączków z dżemem, zaklinaczami instrumentów muzycznych albo drzewami. Ta magiczna atmosfera, gdzie nic nie jest jasne i ciągle mnożą się pytania sprawiaja, że czytelnik zaczyna na własną rękę podążać labiryntami: Czy Arrlo i Harley nie przypominają zbytnio nieszczęśliwego związku pani Padmo z Dr Surmeannem? Obie kobiety nagle znikają.Do tego mają ten sam naszyjnik! Może to nie matka i córka, ale ta sama osoba funkcjonująca w dwóch różnych światach? Ach, więc może Arrlo to młode wcielenie dr Surmeanna, który wcześniej był szamanem ze snów antykwariusza?

Bez wątpienia świat Kościowa przypomina rzeczywistość Murakamiego. Jest tu jednak jedna fundamentalna różnica. Bohaterowie Murakamiego są samotnikami z wyboru, urodzonymi melancholikami i samotnikami, którzy nadzwyczaj dobrze czują się w onirycznej rzeczywistości. Arrlo z kolei to sympatyczny, towarzyski i dowcipny facet, któryzupełnie nie może odnaleźć się w dziwnych dla siebie realiach. Ciągle się dziwi, wątpi i marzy tylko o tym, żeby móc wrócić do domu i się wykąpać.

 

 

sobota, 10 lipca 2010

Na wystawę Paul'a McCarthy'ego Pig Island dotarłam dosłownie kilka godzin przed jej zamknięciem. Ociągałam się do ostatniej chwili ponieważ to, co o niej słyszałam, było mało zachęcające. Owszem, były to superlatywy, ale opis wystawy sugerował, że to nie moje gusty estetyczne. Pojawiłam się w końcu ponieważ bardzo cenię sobie kuratorów Fondazione Nicola Trussardi, którzy mają wprawne oko i siódmy zmysł artystyczny. Liczyłam, że mimo wszystko coś zaiskrzy. Tym razem jednak nawet oni mnie nie przekonali.

Paul McCarthy  zasłynął niekonwencjonalnymi sposobami wyrazu artystycznego. Zaczynając od tradycyjnego malarstwa w latach 70, szybko odkrył swój kontrowersyjny styl. Tony ketchupu, wymioty, wsadzanie sobie lalki Barbie do tyłka, taplanie się w surowym mięsie i majonezie to znaki charakterystyczne Amerykanina, który, swoją drogą, wychował się w mormońskiej rodzinie. Te szokujące i żenujące błazenady mają na celu stawianie siebie i widzów w sytuacjach ekstremalnych, poznawania ich reakcji i ograniczeń. Happeningi McCarthy'ego kończą się często dopiero, kiedy albo on, albo jego widzowie po prostu juz nie mogą.

Wystawa Pig Island prezentowana przez miesiąc w Mediolanie reklamowana była jako swoista wyspa groteski, orgiastyczne piekło i totalne bagno w jednym. To komentarz McCarthy'ego do naszej fastfoodowej rzeczywistości, w której króluje bezrefleksyny konsumpcjonizm,  obsesyjna wulgarność, zachłanność i brak wartości. Wyspa McCarthy'ego pokazuje polityczną groteskę, gdzie Bush kopuluje ze świniami. Mamy też filmy pełne spitych piratów, tranwestytów i klaunów, którzy biorą udział w orgii na statku. Piją swój mocz, robierają się, babrają w ketchupie i Bóg wie czym...

Nie odbieram racji zamysłowi artystycznemu McCarthy'ego. Bardzo ciekawy,  potrzebny. Forma realizacji projektu jest jednak żenująco kiepka, mało pomysłowa i oryginalna. I nie chodzi tu tylko o moje gusty estetyczne. Figura gipsowa z Bushem czy zdesperowaną Paulą Jones (na ostatnim zdjęciu) są naprawdę dobre!  Ale już orgiastyczne filmiki, penisy na krzesłach  czy nadmuchiwane balony w kształcie gigantycznej butelki ketchupu są po prostu nudne i banalne. Mam wrażenie, że  wystawa została potraktowana zbyt minimalistycznie,  zabrakło dopracowania i pomysłów zarówno ze strony artysty jak i kuratorów. Naprawdę chciałam wejść do piekła McCarthy'ego, zobaczyć miniaturę absurdalnego świata, w który mieszkam, poczuć smród siarki i bagna. Niestety, od wystawy zalatywało tylko wielką nudą i rozczarowaniem.

 

 

wtorek, 29 czerwca 2010

W tym roku lato wyjątkowo długo grymasiło. A to popadało, a to się zachmurzyło. Bynajmniej na te kaprysy nie narzekałam, bo upały to zdecydowanie nie moja bajka. Ale w końcu przyszło, rozsiadło się wygodnie na balkonie i męczy moje ziółka. Mięta trzyma się dzielnie, ale szałwia i oregano cienko przędą. Z promieni słońca cieszy się tylko jak szalony różowy oleander, wygląda  wręcz kwitnąco.  Trzeba jednak przyznać, takie temperatury wyciskają z roślin nieziemskie zapachy, aż się w głowie kręci od intensywnego jaśminu czy orzeźwiającej mięty.

 

 

Nie wiem, jak u Was, ale u nas wyjazd wakacyjny już zaplanowany, choć jeszcze nie dopięty na ostatni guzik. Z planem podróży jak z urlopową walizką, dopychamy i zamykamy go dopiero w ostatniej chwili. I zawsze grozi nadbagaż. Na dziś pewne jest, że lądujemy w Grenadzie, jedziemy do Kordoby, a następnie  zaszywamy się na tydzień na Cabo de Gata. Jeżeli macie jakieś sugestie, co warto  zobaczyć we wschodniej części Andaluzji (zachodnią wraz z Sewillą poznaliśmy już kilka lat temu), piszcie śmiało! Pewnie jednak nie uda się nam zobaczyć dużo więcej, zaplanowaliśmy sobie kilka solidnych dni błogiej bezczynności i czytania książek.

 

 

A propos książek,  czekam właśnie na nowy, wakacyjny stosik. Miał dojść już w zeszłym tygodniu,  ale zamiast paczki przyszedł tajemniczy list od UPS. Poinformowano mnie na piśmie, że moja przesyłka nie może być dostarczona ponieważ... nie zostało poprawnie rozpoznane miasto adresata. Podpisano: z poważaniem (gdzieś) Jaś Fasola.  Albo przynajmniej tak powinno być podpisane. Co gorsza, Jasiu odesłał moje książki z powrotem do Polski, choć miał mój numer telefonu. No jajcarz po prostu. A książki bardzo różnorodne: Kobiety i władza Magdaleny Środy, Gułag Anne Applebaum, Ostateczne wyjście Natsuo Kirino, Bękart ze Stambułu Elif Safak, Hamida z zaułka Midakk Nadżiba Mahfuza i kilka innych. Może dojdą przed urlopem...

 

 

Oj potrzebuję w tym roku wakacji! Pracuję jak szalona, mam ostatnio mnóstwo nowych wyzwań, byłam nawet na kursie zarządzania zasobami ludzkimi. Tak to się chyba przynajmniej  okrutnie nazywa w fachowym języku, bo sam kurs  całkiem mądry i pozytywny. Teraz to już na pewno dostanę tytuł Menadżera Roku, a moi podopieczni wreszcie zaczną mnie uwielbiać. A potem się obudzę.

Wspominając o pracy, muszę powiedzieć jedną rzecz: nie ma to jak pracować w firmie pełnej obcokrajowców w czasie piłkarskiego mundialu. Szczególnie we Włoszech. Szczególnie, jeżeli właśnie jest się odpowiedzialnym za projekt związany z RPA! Szef szefów udostępnił nam na czas mistrzostw salę telewizyjną.  Na ścianach zawisły flagi narodowe, w kuchni wielka tabela z wynikami meczów. Najzabawniej jest oglądać reakcje kibiców: załamanych Niemców przegrywających z Serbią i żartującego sobie z nich całego biura, albo Argentynki odbierającej co chwila rozgorączkowane telefony od mamy z Buenos Aires w czasie meczu z Koreą Południową. Albo te emocje i niedowierzanie (i totalny zastój w pracy, na który nikt nie zwrócił uwagi), kiedy odpadała Italia.

Co poza pracą? A no skończyłam kurs fotografii  i już nie mogę się doczekać kolejnego. Kupiłam sobie buty na obcasach, które są wygodniejsze niż ortopedyczne Birkenstocki. Wybieram się na koncert Norah Jones w ramach Milano Jazzin Festival. Ach, byłam też na weselu z charakterem: panna młoda tuż przed ślubem ścięła zupełnie włosy, wystąpiła bez makijażu, za to w sukni z lat 50 i ogromnym kapeluszu. Nie było rzucania bukietem, ani siedmiopiętrowego tortu, a miejsce przyjęcia było bajecznie pięknie (zerknijcie poniżej). Całe szczęście, że spóźniliśmy się tylko godzinkę.

 

 

A jak tam Wasze plany na lato? Tym, którzy już siedzą na walizkach, życzę solidnego wypoczynku. A tym, którzy, tak jak ja, jeszcze muszą trochę wytrzymać, dedykuję ten, mam nadzieję, optymistyczny, wakacyjny wpis.

21:29, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (21) »
niedziela, 20 czerwca 2010

Którą drogę byś wybrał: tę, na której rośnie trawa i kwiaty, czy tę pełną śmieci i śladów opon? Prawidłowa odpowiedź: Tam, gdzie chodzą ludzie (rzucają śmieci) i jeżdżą samochody (zostawiają ślady), zagrożenie minami jest najmniejsze.

Takie porady zawiera broszura informacyjna dla czeczeńskich dzieci w wieku szkolnym, którą w swojej książce wspomina Åsne Seierstad. Dzieci Groznego w odróżnieniu od Księgarza z Kabulu nie skupiają się na jednej rodzinie, jednym miejscu i jednym czasie.  Tym razem książka Seierstad jest wielowątkowa, ma wielu bohaterów, jest zapisem kilku podróży, które dziennikarka odbyła do Czeczenii. Mniej przypomina powieść, a bardziej typowo dziennikarski reportaż, czyta się jednak równie dobrze.

Seierstad, absolwentka rusycystyki, zafascynowana rosyjską kulturą, stawia pierwsze dziennikarskie kroki w Moskwie. Kiedy w 1994 wybucha pierwsza wojna czeczeńska, postanawia przedostać się do Groznego jako korespondent wojenny. Wraca potajemnie do Czeczenii dopiero po 12 latach, bez wymaganego zezwolenia władz rosyjskich, które uniemożliwiają obcokrajowcom swobodne poruszanie się po republice. Po raz trzeci przyjeżdża wraz z oficjalną wycieczką organizowaną dla zagranicznych dziennikarzy, w czasie której udaje się jej przeprowadzić wywiad z marionetkowym prezydentem Czeczenii Ramzanem Kadyrowem.

Po latach od pierwszej wizyty w Groznym Seierstad pisze: Kiedyś, zafascynowana Rosją, gnana niezłomną ciekawością, szukałam rosyjskiej duszy. Podróżując po imperium trzecią klasą, zachwycałam się i dziwiłam. Czyżby mój stosunek do świata zmienił się na zbyt negatywny? Czyżbym się rozczarowała? Realia rosyjskiej polityki pozbawiają ją złudzeń. Opowieści Seierstad nie pozostawiają wątpliwości, po której stronie konfliktu się opowiada. Jej reportaże nie tracą jednak na wiarygodności ponieważ autorka dokłada wszelkich starań aby poznać punkty widzenia obu stron.

Seierstad przyjaźniła się Anną Politkowską, cytuje jej wywiady w książce.  Wprost pisze o rasizmie Rosjan, którzy obywateli Federacji dzielą na prawdziwych Ruskich i resztę.   Przypomina czystki, jakich dokonywał na Czeczenach Stalin wysiedlając ich na Syberię. Dla Rosjan Czeczeni to barbarzyńcy i terroryści, zbuntowane wilki, które trzeba w końcu poskromić. Sto tysięcy Czeczenów zginęło podczas wojny. Większość z nich to cywile. Wśród nich było dużo dzieci - mówię. - Nikt nie jest tylko dzieckiem. W Czeczenii nawet dzieci wiedzą, jak się posługiwać automatem. Tam wszycy są bojownikami. (...) Wiesz, co powinniśmy zrobić? Spuścić bombę. Taką bombę, która unicestwi całą Czeczenię.

Pomimo iż w Czeczenii nie trwają już działania wojenne, sytuacja jest daleka od spokojnej i stabilnej. Krążą niezliczone opowieści o anydemokratycznym, putinowskim prezydencie Kadyrowie, jego służbach specjalnych i salach tortur. Seierstad kontaktuje się z  czeczeńskimi organizacjami praw człowieka, które umożliwiają jej spotkania z bliskimi osób, które tajemniczo zaginęły, były oskarżane o terroryzm, torturowane, zastraszane. Opowiada o wdowach i matkach, które przeżyły piekło wojny, o czeczeńskich sierotach, które włóczą się po mieście bo państwowe domy dziecka zostały zamknięte przez Kadyrowa. Jej historie pozbawione są ozdobników, są mocne, dosadne, a co gorsza wszystkie są prawdziwe.

Z drugiej strony Seierestad jasno wskazuje błędy Czeczenii, która zbytnio zbliżyła się do fundamentalizmu islamskiego. Wiele problemów społecznych, jak choćby zabójstwa honorowe, są wynikiem rozprzestrzeniającego się wahabizmu. Przywódcy grup partyzanckich zaczęli w swej retoryce nawiązywać do zasad dżihadu. Biesłan, Dubrowka to tylko dwa z wielu zamachów dokonanych przez radykalne ugrupowania,  dzięki którym Czeczenom przyklejono etykietkę terrorystów, islamskich terrorystów.

Dzieci Groznego to przede wszystkim książka odważna odwagą swoich bohaterów, którzy boją się mówić o tym, czego doświadczyli, ale mimo to podejmują ryzyko. To też książka bardzo wiarygodna mądrością i rzetelnością swojej autorki, która nie ukrywa swoich poglądów, ale też nie koloryzuje i przesadnie nie beletryzuje. Seria Terra Incognita wydawnictwa WAB, w ramach której ukazała się ta książka, jest naprawdę warta uwagi. W miarę możliwości mam zamiar sięgać po kolejne pozycje z tej listy. Czuję, że się nie zawiodę.

 

PS W poprzednim poście znajdziecie wyniki urodzinowej ankiety.

środa, 09 czerwca 2010

Witajcie na trzylatku czyli czego jeszcze nie wiecie o blogu  Latającej Pyzy i wcale nie jestem przekonana, że chcielibyście wiedzieć,  ale i tak Wam to wyznam:

1. Pierwszy bodziec do założenia bloga dała mi nijaka Carrie Bradshaw, która wieczorami odpalała swojego luksusowego Maca w swoim nowojorskim apartamencie  i  przy lampce czerwonego wina pisała artykuły  pełne bardzo głębokich myśli o kobietach, związkach i życiu w ogóle. Też tak chciałam!

2. Moja rzeczywistość okazała się mniej wykwintna. Pisząc blogowe posty rozwalam się na kanapie w pozycji półleżącej, stawiam przed sobą laptopa i zaczynam drążyć temat. W międzyczasie zazwyczaj oglądam też telewizję, słucham radia i co jakiś czas sprawdzam stan lodówki. Następnie stwierdzam, że może zacznę od wybrania zdjęć do postu. I tak uciekają godziny, zanim coś nowego pojawi się na jużtrzylatku.

3. Większość wpisów z pierwszego roku najchętniej bym skasowała. Są przerażające! I bardzo Was proszę, nie sprawdzajcie ich teraz. Naprawdę niewiele straciliście. Za to bardzo lubię wpisy z 2008 roku. Ciągle wywołują uśmiech na mojej twarzy. Grunt to najgłośniej śmiać się z własnych dowcipów, co nie?

4. Po trzech latach dalej nie wiem, ile gotuje się  pyzy drożdżowe z truskawkami i ile kalorii mają kluski śląskie. Ciągle nie posiadam informacji gdzie kupić magiczną, latajacą miotłę ani ile kosztuje namalowanie na ścianie Ostatniej Wieczerzy. Nie bardzo pomogę też paniom, które zastanawiają się jak się pozbyć z domu dorosłego syna, który nie dokłada się do utrzymania mieszkania. Biletów na koncert Sandry i Modern Talking w Czechach też nie posiadam. A takich właśnie informacji szukają internauci, którzy wpadają przelotem na mój blog.

5. Na pewno za to  to, czego szukają, znajdują tutaj amatorzy karnawału w Wenecji, mediolańskiej Ostatniej Wieczerzy i interesujący się Fabrizo Coroną i pewną Latającą Pyzą. I ci, którzy pytają filozoficznie, co jest kiczem, a co sztuką. To najpopularniejsze słowa kluczowe, po których nitce dociera się do mojego bloga.

6. Najwięcej osób wchodzi na moją stronę oczywiście z Polski, a potem z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch (ciekawe kto! ). Chlubię się też bardzo wizytami z Islandii.  Intrygują mnie odwiedziny z Iranu (nie daj, Boże, służba bezpieczeństwa). Co mnie niezwykle cieszy, to fakt, że  prawie 60% z Was używa Firefoxa do przeglądania stron internetowych. Prawdziwi ludzie postępu z Was!

A żeby dowiedzieć się o Was jeszcze więcej, bo o mnie już wiecie aż za dużo, przygotowałam króciutką ankietę. No nie dajcie się prosić! Solenizantce się nie odmawia!

 

Update: Dziękuję wszystkim za wypełnienie ankiety! Nie wiedziałam, że mam tak wielu, stałych czytelników, z których większość chyba nigdy się nie ujawniła. Najbardziej zdziwiło mnie to, że większość z Was nie prowadzi bloga! Byłam przekonana, że mimo wszystko głównie odwiedzają mnie blogerzy. Teraz dopiero przyszły mi do głowy kolejne dwa pytania, które chciałabym Wam zadać: czy komentujecie mój blog i jak go znaleźliście. Może za rok pokuszę się o kolejną ankietę? Tymczasem biorę sobie do serca wszystkie Wasze odpowiedzi i sugestie. Dziękuję!

Tutaj znajdziecie pełną analizę wyników.

22:12, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (31) »
poniedziałek, 07 czerwca 2010

Do planowanej od kilku już lat wizyty u wujka eF w Ferrarze zmobilizowała nas w końcu informacja o trwającym w tym mieście Biennale Donna. Czternasta z kolei edycja miniaturowego biennale poświęconego kobietom w tym roku dedykowana jest artystkom z Iranu. Nie mogło mnie tam zabraknąć.

Shirin Fakhin (rocznik 73, mieszka w Teheranie) przedstawiła dwie prace wykonane w podobnej technice. Pierwsza z nich zatytułowana Only Farhad przedstawia bezwładne, kobiece nogi, symbol irańskich kobiet pozbawionych praw i własnego życia. Nogi wstawione są do wielkiej, złotej wazy, która pozornie ma większą wartość niż szmaciane kończyny. Ten kontrast sugeruje przekłamanie wartości i znaczeń w irańskim społeczeństwie.

 

 

Teheran Prostitues to druga, pokazywana już wielokrotnie instalacja Shirin Fakhin. Zwraca uwagę na problem prostytucji w Teheranie, której poziom bardzo wzrósł w ostatnich latach. Prostytutkami zostają ofiary przemocy domowej, wdowy, kobiety, które straciły godność w oczach  społeczeństwa nie z własnego wyboru, ale w wyniku absurdalnego kodeksu wartości.

 

 

Parastou Forouhar (rocznik 62, od 1991 roku mieszka w Niemczech) prezentuje z kolei  Freitag, ogromne zdjęcie podzielone na cztery panele. Jest to zbliżenie fragmentu przepięknego czadoru, spod którego nieśmiało wychyla się kobieca dłoń. Dzieło bardziej niż pokazywać, pobudza do wyobrażania sobie tego, co jest za zasłoną. To również symbol Iranu, gdzie to, co najważniejsze  i prawdziwe, jest zakazane i niedostępne.

 

 

Drugim projektem Parastou Forouhar jest Written Room, pokój od podłogi do sufitu zapisany perskim pismem. Pismem, które niezrozumiałe jest dla Europejczyków, ale  również dla posiadających umiejętność pisania w farsi. Pokój jest zapisany pojedynczymi, przypadkowymi sylabami bez szczególnego sensu, które stają się bardziej pięknym ornamentem niż formą komunikacji. Po raz kolejny więc słowa tracą znaczenie, są pustą zbieraniną znaków, fasadą, za którą nic się nie kryje.

 

 

Ghazel (rocznik 66, mieszka w Teheranie i Paryżu) pokazuje na wystawie instalację składającą się z trzech równocześnie odtwarzanych filmów. Ich bohaterką jest kobieta w czadorze, która występuje w króciutkich scenkach obyczajowych. Scenki są kapitalnym, często ironicznym  i pełnym humoru komentarzem do codziennego życia irańskich kobiet, ale i kondycji świata ogólnie. Na przykład w jednej ze scenek bohaterka wychodząc z łazienki podnosi specjalnie deskę klozetową do góry, z czym zazwyczaj wszystkie kobiety walczą.

Poniższe zdjęcie jako jedyne w tym poście pochodzi z materiałów prasowych, pozostałe są mojego autorstwa.

 

Shadi Ghadirian (rocznik 74, mieszka w Teheranie) prezentuje między innymi serię zdjęć przedstawiających kobiety w kwiecistych, kolorowych czadorach, które zamiast twarzy mają przyrządy kuchenne. Zdjęcia ilustrują instrumentalizację irańskich kobiet, ale również poprzez użycie nowoczesnych tkanin i narzędzi sugerują, że prawdziwa  modernizacja nastąpi dopiero  ze zmianą zasad i wartości.

 

Firouzeh Khosrovani (rocznik 71, pracuje w Iranie, Hiszpanii i we Włoszech) przedstawia z kolei zaskakujący film dokumentalny o sklepowych manekinach, które również są na bakier z zasadami rewolucji religijnej. Kobiece kształty nie mogą być swobodnie prezentowane nawet w postaci plastikowych kukieł w witrynach sklepowych. Szczególnie w witrynach sklepowych, które przykłuwają uwagę. Dlatego też sprzedawcy sklepowi zmuszeni są gipsować dołek między piersiami, zupełnie je odcinać albo drastycznie spłaszczać. Niektórzy sprzedawcy zrezygnowali zupełnie z manekinów wieszając sukienki na przeźroczystych żyłkach. Ale i to wzbudziło obiekcje religjnej policji. Sukienki na ramiączkach powinny mieć zakryte niewidoczne ramiona...

 

 

Prace pokazywane na wystawie dają bardzo jednoznaczny komentarz na temat sytuacji kobiet  w Iranie. Właściwie wystawa zawiera różnorodne interpretacje tej samej myśli. Aż prosi się o jakiś kontrowersyjny głos pokazujący odmienną wizję. Na pewno ciekawie byłoby zobaczyć dzieła irańskich artystek wykraczające poza tematykę feministyczną, chociażby komentarze do różnych aspektów życia we współczesnym Iranie.  Zamysł autorów biennale był jednak jednoznaczny, a wystawa mimo wszystko  była warta zobaczenia i pokonania 200 km.   Oczywiście wujka eF również odwiedziliśmy, okazał się przemiłym i niezwykle oczytanym starszym panem. A samą Ferrarę bardzo polecam bo to przepiękne miasteczko pełne rowerzystów. I bardzo dziękuję Paradoksalnie za podsunięcie mi informacji o biennale!

sobota, 05 czerwca 2010

Od  kilku lat podróżuję prawie wyłącznie tanimi liniami lotniczymi. Odzwyczaiłam się od numerowanych siedzeń, ulgowo traktowanego bagażu podręcznego, serwowanego lunchu i życzliwości obsługi samolotu. Ryan Air i spółka wychowało sobie pokolenie klientów, którzy nauczyli się płacić nawet za przysłowiowy uśmiech. Nie dziwią już nas ani bezdymowe papierosy oferowane na pokładach samolotów, ani pogłoski, że niedługo będzie można wykupić miejsca stojące. Uświadomiłam sobie, jak bardzo zdziczałam lecąc niedawno do Amsterdamu liniami KLM. Zresztą cały wyjazd odbył się pod znakiem odkrywania nowej jakości życia, która powinna być codziennością dla nas wszystkich.

Mówię o nas, mieszkańcach średnich i dużych miast, którzy ciągle gdzieś się spieszą albo usiłują odpocząć od codziennych zmagań. Sama mieszkam w drugim co do wielkości włoskim mieście, mającym o połowę więcej mieszkańców niż Amsterdam. A po powrocie do Mediolanu mam wrażenie, że mieszkam w zapyziałej (co za okropne określenie!) dziurze, gdzie władze miasta myślą o wszystkim tylko nie o swoich mieszkańcach. I jak sobie pomyślę, że Amsterdam nie jest  ujęty nawet w pierwszej dziesiątce najlepszych miast do życia, to zastanawiam się w jakiej to miejskiej dżungli mieszkam ja, jeżeli zachwyca mnie przeciętne miasto!

Ogromnym plusem Amsterdamu jest oczywiście doskonale rozwinięty system komunikacji miejskiej. W tym mieście nie ma korków! W moim 300 tysięcznym rodzinnym mieście są bez przerwy, a w Mediolanie nawet o drugiej w nocy można przestać  w centrum długie minuty. W tak zwanych godzinach szczytu na amsterdamskich ulicach samochodów jak na lekarstwo. Za to co kilka minut, świątek czy piątek, jeżdżą tramwaje, autobusy, a działa nawet linia metra. Nie mogło też ujść mojej uwadze udogodnienie w postaci budek biletowych w tramwajach, w których o każdej porze można kupić bilet.

Ale oczywiście, jak wszystkim wiadomo, głównym środkiem transportu w Amsterdamie są rowery. Tabuny rowerów! Nie miałam pojęcia, że jest ich tak dużo, że są używane tak gminnie! Swoich rowerów nie mają chyba tylko niemowlaki, co nie oznacza, że nie są wożone przez mamy w specjalnych wózkach doczepianych na przedzie roweru. Ilość ścieżek rowerowych równa jest chyba ilości dróg miejskich. Oczywiście nie mogliśmy sobie odmówić przyjemności wycieczek wzdłuż niekończących się kanałów, nie było miejsca, do którego nie moglibyśmy dotrzeć sprawnie i bezpiecznie.

Niezmiernie zazdroszczę Holendrom tej fantastycznej kultury, którą inne miasta próbują sztucznie przeszczepić swoim mieszkańcom, zapominając, że bez ścieżek rowerowych nawet milion rowerów nie zmieni nawyków ludzi. Po czym poznać turystę w Amsterdamie? Po tym że nie zauważa ścieżek i łazi po nich jak po swoim. Albo że jeździ rowerem tam, gdzie mu nie wolno. Oczywiście pędzący rowerzyści bez ogródek pohukują na zabłąkane na ich trasach owieczki i twardo przestrzegają zasad. Tu nie reszta świata, gdzie zamiast ścieżek rowerowych tworzy się parkingi, a rowerzyści jeżdżą po chodnikach.

Jeżeli czegoś jest równie dużo, co rowerów w Amsterdamie, to są to restauracje. Dziesiątki restauracji, wśród których prym wiedzie kuchnia azjatycka  (indonezyjska uznawana jest przez Holendów za kuchnię narodową) i argentyńska. Do tego dalsze dziesiątki fantastycznych barów, w których o każdej porze można zjeść coś smacznego i ciepłego (oczywiście w coffee shopach można również się fachowo zrelaksować). Naprawdę na żadnym dotychczas wyjeździe nie jedliśmy tak dobrze i tak dużo. Może jedynie tradycyjne frytki z majonezem w najstarszej frytkarni w Amsterdamie - Vlaams Frites Huis nie były takie znowu dobre. Za to dania kuchni indyjskiej, tajlandzkiej albo barowe lunche z ciemnym pieczywem radowały moje podniebienie. Zrobiliśmy sobie też rajd po cukierniach przy Warmoesstraat zajadając się boskimi brownies i tortami czekoladowymi. Do naszej ulubionej piekarni wracaliśmy aż dwa razy!

I jeszcze o sztuce, którą Amsterdam aż kipi. Ze wszystkich muzeów, które odwiedziliśmy, najbardziej zachwyciło mnie Rijksmuseum, które zawiera najważniejsze dzieła holenderskich twórców, żeby wspomieć tylko Straż nocną Rembrandta czy Mleczarkę Vermeera. Muzeum jest znacznie mniej zatłoczone niż to z pracami van Gogha, dzięki czemu wizyta jest znacznie bardziej kameralna. Za bardzo udany uważam pomysł dodawania przy każdym obrazie krótkiego opisu, który wyjaśnia nie tylko kiedy i jak powstało dane dzieło, ale zwraca uwagę na szczegóły lub ciekawostki niewidoczne dla niewprawnego oka. Dodatkowo niektóre obrazy, nie należące do stałej ekspozycji, są wybierane i opatrzane osobistymi komentarzami dyrektora muzuem. Takie drobne zabiegi sprawiają, że muzeum narodowe przestaje być sztywną instytucją, a staje się komunikatywnym i pasjonującym źródłem wiedzy. Drugim ciekawym miejscem, które odwiedziliśmy była wystawa World Press Photo, którego siedziba mieści się właśnie w Amsterdamie. W Oude Kerk otoczonym czerwonymi witrynami trwał pokaz zdjęć nagrodzonych w tym roku. Ze zdjęć, których jeszcze nie znałam, najbardziej poruszyło mnie to autorstwa Michaela Wolfa.

Właściwie mogłabym tak opowiadać bez końca. Widzieliśmy naprawdę sporo, naspacerowaliśmy się w deszczu, naszukaliśmy ukrytych hofje, nasiedziliśmy w knajpkach przy kanałach. Mogłabym dalej pisać o multietniczności Holandii, o panującym tu duchu tolerancji, o zielonych parkach, o powszechnej znajomości angielskiego, o prostych rozwizązaniach ułatwiajacych  życie mieszkańcom... Nie miałabym nic przeciwko zamieszkaniu w Amsterdamie przez jakiś czas. Odpowiada mi i kultura, i klimat, i cudowna architektura. Jeżeli pozostaje we mnie jakiś ułamek niepewności, to ten dotyczący samych Holendrów. Sprawiali na mnie wrażenie gwałtownych, niecierpliwych. Choć trudno się wypowiadać na taki temat po spędzeniu zaledwie kilku dni w Holandii i znajomości z kilkoma Holendrami. Ciekawa jestem Waszego zdania, szczególnie tych z czytelniczek i czytelników, którzy mieszkają w Holandii.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Więcej zdjęć z Amsterdamu znajdziecie na moim fotoblogu. Zapraszam!