Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS

Książki

sobota, 02 kwietnia 2011

Chihiro zaproponowała mi dokonanie publicznego striptizu. Jak każdy bloger ekshibicjonizm mam we krwi,  zaproszenie przyjęłam więc bez większego wahania. Abym jednak nie musiała ustawiać na wejściu na bloga zapytania o pełnoletność, śpieszę od razu z wyjaśnieniem, że chodzi oczywiście o roznegliżowanie własnej biblioteczki i pokazanie wdzięków jej zbiorów.

Moja biblioteczka, z pochodzenia Szwedka, jest smukła i wysoka, sięga właściwie sufitu. Liczy jakieś dziewięć pięter ciasno i równiutko ułożonych książek. Kupiłam sobie nawet mały stołeczek aby zawsze móc dosięgnąć do najwyższych półek, a kiedyś, gdy zbiory się rozrosną, z radością kupię sobię drabinę! Tytuły zawsze da się przeczytać bez zbędnego nadwyrężania szyi, wszystkie ułożone są prawoskrętnie (marzenie znaleźć taki luksus w księgarni!). Dzieła tego samego autora stoją zawsze razem, choć przyznam, że niewielu jest pisarzy, których dorobek w całości gości na moich półkach. Na pewno chlubnym wyjątkiem jest Milan Kundera,  mam też właściwie wszystkie książki wydane na rynku polskim autorstwa H. Murakamiego, J. S. Foera, B. Malmsten, P.O. Enquista, J. Egloffa, E. Kereta i P. Austera. Moje zbiory mają ambicję bycia ułożonymi według szeroko pojętych bloków tematycznych, które często pokrywają się po prostu ze strefami geograficznymi. Istny kod Leonarda da Vinci, można by rzec. W większości posiadam książki w języku polskim, sporo jest też utworów po angielsku (głównie z okresu studiów plus długaśna seria paperbacków z Penguina) i coraz więcej po włosku. W większości to powieści, trochę literatury faktu i ku mojemu ubolewaniu ciągle za mało albumów o sztuce i fotografii.

 

 

Część moich zbiorów ciągle jeszcze czeka na przeprowadzkę z Polski, zanim to jednak nastąpi muszę dla nich zorganizować odpowiednie lokum. Już teraz biblioteczka pęka w szwach, a nowe książki rosną na rozsianych po szafkach stosikach. Zakupiłam nawet dwie, nowe, długaśne półki, ale okazało się, że ciężko znoszą  większe obciążenia, chwilowo więc świecą pustkami, nie licząc moich zbiorów filmowych. Nieznośna lekkość bytu po prostu...  Kupuję książki hurtowo, ale nie kompulsywnie. W praktyce oznacza to, że nabywam je raz za kiedy, ale idę wtedy na całość.  Biblioteczkę obowiązuje żelazna zasada, że nie rozszerza swoich zapasów, dopóki nie zostanie skonsumowane to, co już się w niej znajduje. Istna doktryna szoku dla niektórych moli książkowych, prawda?  Pewnie, istnieją pozycje, które nagle przestały mnie interesować, bądź które nie wiadomo jakim cudem znalazły się w moich zbiorach, te pozostają nietknięte. Nowe książki pojawiają się jednak dopiero, kiedy zbiory do przeczytania zaczynają się ewidentnie kurczyć. Zakupuję je również bardzo uważnie korzystając z listy, na którą wciągam poszukiwane przeze mnie pozycje. Konsultuję ją przed zakupami, odrzucając te, które na przykład nic mi już nie mówią. Taka próba czasu już nie raz okazała się świetnym filtrem. Poniżej najświeższy, elektryzujący stosik.

 

A jeżeli macie ochotę jeszcze pogrzebać w mojej biblioteczce, to więcej zdjęć znajdziecie tutaj. A do odkrycia wdzięków swoich zbiorów zapraszam Małą Mi i Matyldę!

23:32, latajaca_pyza , Książki
Link Komentarze (21) »
piątek, 04 marca 2011

Chińczycy są mistrzami w zamienianiu wielkich problemów w małe, a małych - w brak problemów, jak mówi przysłowie. Ten zmysł przetrwania rozwijali przez tysiąclecia.

Główny bohater Pekińskiej komy, dwudziestoparoletni doktorant jest jednym z  organizatorów studenckich protestów w Pekinie wiosną 1989 roku, które kończą się  tragedią na placu Tian'anmen. Sam Dai Wei  w czasie tych wydarzeń zostaje ranny w głowę i zapada w śpiączkę.  Jego letarg, bezwładne ciało  pełne jednak witalnej woli wybudzenia się ze śpiączki staje się symbolem kondycji całego narodu.

Jesteś spowity w ciało, którego nie widzisz; jestem więźniem w celi, której nie możesz dotknąć.

Powieść przepełnia walka z ogarniającą bezsilnością, syzyfowe próby oparcia się choremu systemowi, który terroryzuje i paraliżuje wszelkie ruchy.  Mamy tu drobiazgowo opisaną historię ruchu studenckiego, który zostaje stłumiony w krwawy i nieludzki sposób.   Mamy walkę Dai Weia o wyjście ze śpiączki,  zabiegi jego matki o uzdrowienie syna, ale też kolejne próby wybudzenia narodu z odrętwienia - ruch Falun Gong czy  działalność Matek Tian'anmen.

Wyobrażasz sobie swoje ciało jako zawisłe w powietrzu, okrążane przez szybujące wspomnienia.

Te ostatnie walczą przede wszystkim o prawdę i o pamięć. Wspomnienia o przeszłości są bowiem głównym orężem walki z reżimem, który zamazuje i przemalowuje karty historii. Są niezbędne aby kolejne pokolenia były w stanie właściwie ocenić teraźniejszość i określić własną tożsamość. Stąd też  tak ważną rolę w historii Dai Weia odgrywa  dziennik jego ojca, który przez 20 lat więziony był w obozach reedukacyjnych i archiwa odnotowujące okrucieństwa rewolucji kulturalnej.  Sam bohater pogrążony w śpiączce walczy o zachowanie najdrobniejszych obrazów z przeszłości. Pamięć jest sposobem na uzdrowienie, na wybudzenie, na wolność.

Jakiś student zawiesił na szyi napis: Głodujący nie będą jeść demokracji z zamrażalnika!

Pekińska koma to jednak również fascynująca historia o młodości, miłości, ideałach, solidarności i przyjaźni. Przybliża nam nie tylko Chiny po rewolucji kulturalnej, ale też kulisy samego ruchu uniwersyteckiego, który w 1989 wyprowadził tysiące studentów na ulice. Wyłania się z nich bardzo uczciwy, myślę, portet młodych, zbuntowanych ludzi, którzy chcieli zmienić świat, ale nie wiedzieli jak się za to zabrać. Brakowało im zdecydowania, konkretnych planów, silnych przywódców. Manifestacjom na placu Tian'anmen towarzyszyły kłótnie o władzę, spory ideologiczne, ciągłe niezdecydowanie co robić i z każdym dniem coraz większy strach...

Powieść Ma Jiana to wymagająca lektura zarówno pod względem merytorycznym jak i emocjonalnym. Przede wszystkim to 700 stron  wielowymiarowej metafory.  Prowadzona dwutorowo historia przeplata kolejne pełne energii, młodości i nadziei dni na placu Tian'anmen  z jednostajnymi, bezsilnymi godzinami spędzonymi w zamknięciu zagraconego pokoju. Oba wątki kończy swoista apokaliptyczna wizja, a początek i koniec książki łączy poetycka klamra. Do tego dziesiątki imion, nazw ruchów studenckich, w których nie sposób się połapać. Zaczęłam nawet robić notatki spisując imiona bohaterów, szukając ich wśród rzeczywistych przywódców z placu Tian'anmen. Obejrzałam setki zdjęć z wiosny 1989 rozpoznając na nich sceny idealnie ilustrujące wydarzenia  opisywane w książce. Być może to pomogło mi przebrnąć przez irytująco drobiazgowe opisy  autora, które  mimo wszystko idealnie odzwierciedlają chaos panujący w tym czasie na placu,  ale też wzmożyło bardzo silne emocje, jakie towarzyszyły mi w czasie czytania tej książki, a przede wszystkim ostatnich stu stron.

Ma Jian stworzył dzieło niezwykłe, sagę młodości, zapis historyczny, poetycką odyseję w jednym. Znakomita książka.


1 maja 1989 - organizatorzy strajku rozmawiają z zagranicznymi dziennikarzami


 

14 maja 1989 - Strajk głodowy studentów na placu Tian'anmen

 

30 maja 1989 - Studenci sztuki przygotowują gigantyczną statuę Bogini Demokracji


6 czerwca 1989

Być może deszcz ustał. Na zewnątrz wszystko wydaje się spokojne. Słychać tylko szelest opon rowerowych, coraz głośniejszy, a potem coraz cichszy.

środa, 26 stycznia 2011

Już od jakiegoś czasu podążam perskim tropem literackim i filmowym.  Usiłuję zrozumieć Iran i jego społeczeństwo, które jawi się mi jako wyjątkowe  i fascynujące w swojej złożoności.  Ciągle dotrzegam paradoksy, które rządzą tym 70 milionowym narodem. I nieustannie irytuje mnie  szufladka, w jakiej zamknęły Iran zachodnie media - szufladka z napisem terroryści, szaleńcy, bomba atomowa, ekstremiści religijni, kobiety w czadorach, brodaty facet w taniej kurtce. Nie twierdzę, że Iran nie ma poważnych problemów z przestrzeganiem praw człowieka czy demokratyczną praworządnością. Rzecz w tym,  że  traktowanie Iranu jako jeszcze jednego zacofanego kraju z Bliskiego Wschodu, w którym rządzi krwawy reżim jakichś tam talibów czy ajatollahów to bardzo grube nieporozumienie. Wszystkim, zarówno  niedowiarkom jak i tym szczególnie zainteresowanym Iranem, polecam zbiór reportaży  Marka Kęskrawca  Czwarty pożar Teheranu, który jednoznacznie rozprawia się ze stereotypami na temat Persji i cierpliwie tłumaczy zawiłości zarówno sytuacji  wewnętrznej jak i geopolitycznej Iranu. Książka jest nieprzebraną skarbnicą informacji na temat współczesnego Iranu, którą, ułożoną w krótkie, treściwe rozdziały, czyta się jednym tchem. Wyłania się z niej fascynujący obraz kraju, którego najbardziej charakterystyczną cechą nie jest wcale  religijność, a po prostu paradoks.

Weźmy na przykład sytuację kobiet, które bez zezwolenia krewnego nie mogą  opuszczać miejsca zamieszkania i muszą ściśle przestrzegać zasad ubioru. Równocześnie jednak na uniwersytetach stanowią 60% wszystkich studentów. Ciekawostką jest również, że w Teheranie istnieje korporacja taksówkowa zrzeszająca 700 kobiet. Ile kobiet jeżdżących taksówką znajdziecie w Warszawie? Antyimperializm? W Teheranie zrobicie zakupy nie gorsze niż w europejskich miastach, obecne są tam zarówno popularne sieciówki, jak i luksusowe marki. Na gigantycznych billboardach zobaczycie modelki Dolce & Gabbany, bynajmniej nie ukrywające się za czadorami. Antyamerykanizm? Fakt, za zakupy nie będziecie mogli  zapłacić amerykańskimi kartami Visa czy Mastercard, ale puszkę Coca Coli kupicie bez problemu. Ba, produkują ją spółki należące do ajatollahów. Zresztą według badań przeprowadzonych w 2008 roku społeczeństwo irańskie, chyba trochę na przekór Ahmadineżadowi, jest jednym z najbardziej proamerykańskich narodów na Bliskim Wschodzie. Restrykcyjna obyczajowość? Kraj, gdzie za homoseksualizm grozi kara śmierci, jest równocześnie rajem dla transeksualistów. Tylko w Tajlandii wykonuje się więcej zmian płci. Ba, w Iranie rząd wręcz udziela pożyczek na tego typu zabiegi. Iran to królestwo operacji plastycznych - wykonuje się tu 35 tysięczny operacji nosa rocznie (dla porównania w Wielkiej Brytanii kilkakrotnie mniej). Ekstremiści religijni? Choć w Iranie obowiązuje radykalna teokracja, według Instytytu Gallupa to jeden z najbardziej laickich krajów Bliskiego Wschodu - tylko 13% badanych opowiada się  obecnie za prawem koranicznym.  Zacofanie? W kraju, który płynie ropą, paradoksalnie brakuje rafinerii i stacji benzynowych. Za to jednak Irańczycy klonują kozy i budują elektrownie atomowe. Korzystają masowo z zakazanych anten satelitarnych,  z często inwigilowanego internetu (23 mln użytkowników!), serwisów społecznościowych, zakładają blogi. Usiłują wyjść z zamknięcia, które niejako sami sobie narzucili.

No właśnie to, co odróżnia Iran od innych krajów dręczonych terrorem władz, to fakt, że rewolucja z 1979 była decyzją narodu. Mało kto zdaje sobie dziś sprawę, że właściwie dopiero trzydzieści lat temu Iran zdobył swoistą niepodległość, wyzwalając się ze szpon interesownych mocarstw zachodnich, które raz za razem ingerowały w politykę wewnętrzną kraju, żeby wspomnieć jedynie zamach stanu z 1953 zorganizowany przez CIA. Antyamerykanizm Iranu nie wziął się znikąd, a już na pewno nie z kompleksów Ahmadineżada. Trzeba pamiętać, że w czasie wojny irańsko-irackiej Stany Zjednoczone i inne państwa Zachodu wspierały po cichu Saddama Husseina dostarczając mu komponentów służących do produkcji broni chemicznej, której ten używał na irańskiej i kurdyjskiej ludności. A samolot pasażerskich irańskich linii, który przez przypadek zestrzelili Amerykanie? A wiedzieliście, że po 11 września 2001 Iran współpracował ściśle z USA dostarczając Waszyngtonowi informacji wywiadowczych o talibach ? Szkoda tylko, że chwilę później Bush wpisał Iran na listę krajów należących do osi zła, po raz kolejny nabijając Teheran w butelkę. Nie dziw, że w 1979 Irańczycy postanowili wziąć kraj w swoje ręce zawierzając go tym najbardziej wiarygodnym - pozbawionych zakusów na władzę i dobrobyt duchownym. Rzecz w tym, że chcieli aby powstała islamska republika, z naciskiem na republikę, a wyszło, jak zauważa Kęskrawiec, dokładnie odwrotnie.

Nie sposób przedstawić wszystkich argumentów, które przytacza autor książki, tłumacząc sobie i czytelnikom zawiłą sytuację Iranu. Nic nie jest tam czarno i białe, a już na pewno nie jest takie, jak to przedstawiają nam zachodnie media. Weźmy chociażby bombę atomową, którą ostatnio regularnie straszą nas Wiadomości. Dla porządku: bombę atomową mają w pobliżu Izrael, Pakistan i Indie, które w odróżnieniu od Iranu, nigdy nie przystąpiły do układu o nierozprzestrzenianiu broni i nie wpuściły do siebie inspekcji międzynarodowych. Prace nad bombą atomową na etapie zbliżonym do Iranu prowadzą obecnie Japonia, Australia, Argentyna, Korea Południowa, Brazylia, RPA. Wiedzieliście o tym? Taką sztuczną nagonkę mieliśmy już w 2003, tuż przed atakiem na Irak, który wbrew gorliwym zapewnieniom Stanów Zjednoczonych, broni masowego rażenia nigdy nie posiadał Oby tym razem światowa opinia publiczna okazała się trochę mniej naiwna.

Wracając do książki Marka Kęskrawca, jej drugą, obok bogactwa informacji, zaletą  jest aktualność. Napisana została raptem w 2009, kiedy przez Teheran i inne perskie miasta przechodziła fala zamieszek związanych z wyborami prezydenckimi.  I właśnie fakt, że autor był w centrum wielu wydarzeń, które opisuje, przybliża go do Ryszarda Kapuścińskiego i jego Szachinszacha sprawiając poniekąd, że Czwarty pożar Teheranu można traktować jako kontynuację perskiej sagi. Muszę przyznać jednak, że nie zgadzam się  z opiniami, jakie dane mi było czytać, że obu dziennikarzy łączy podobny styl pisania, czy że Kęskrawiec jest nowym Kapuścińskim. Styl, w jakim są napisane  reportaże jest pozbawiony polotu i artystycznego zacięcia, które zachwycały u Kapuścińskiego. Choć, owszem, mam wrażenie, że Kęskrawiec próbował korzystać ze literackich sztuczek mistrza ubarwiając tu i ówdzie swoje opowieści bądź przyjmując podobny styl pisania, co zresztą  miejscami przypomina bardziej zapożyczenia niż inspiracje (vide: rozdział o szachu Pahlavim). Ciągle zastanawiało mnie też, jak to możliwe, że dziennikarzowi udawało się zawierać tak wiele znajomości, analizować filmy i programy telewizyjne przy braku znajomości farsi. Nie wątpię, że autor rzeczywiście ma całe mnóstwo przyjaciół wśród teherańskiej bohemy, ani że Irańczycy są niezwykle gościnni, a jednak niektóre opowieści momentami lekko zgrzytały.

Na koniec przytoczę motto, jakie dla swojej książki wybrał autor. Irańczycy już dawno przestali wierzyć w perskie bajki, o czym świadczą chociażby wydarzenia po ogłoszeniu wyniku wyborów prezydenckich. Teraz również my powinniśmy powoli przestać brać za pewnik to, co opowiadają nam magiczne, gadające pudełka. Nasze gadające głowy wcale nie są bardziej prawdomówne niż brodata głowa prezydenta Iranu.

Pewien mułła beszta dwóch wieśniaków bijących pokłony przed urną do głosowania: - Dlaczego wielbicie tę skrzynkę, niedowiarki? -Czcigodny mułło, ona dokonała cudu: cała wieś wrzuciła do środka Qasema, a wyszedł z niej Jusuf.

niedziela, 28 listopada 2010

Bohaterowie powieści Yiyun Li mieszkają w chińskim mieście  o smutnej nazwie Błotnista Rzeka, gdzie każda rodzina zajmuje identyczny domek zbudowany na planie kwadratu o boku czterech i pół metra.  Jest rok 1979, skończyła się rewolucja kulturalna, ale reżim ciągle nie zelżał. Tytułowi Włóczędzy to rozczarowany życiem nauczyciel Gu, mała, niekochana przez rodziców Nini o zniekształconej twarzy, radiowa spikerka Kai stojąca po złej stronie barykady, dobroduszne małżeństwo Hua zamiatające każdego ranka ulice miasta czy Tong z wiejskim akcentem, który chce wyrosnąć na miejskiego pioniera. Bo włóczęgą można być w rodzinnym domu,  podobnie jak można być uciekinierem we własnym kraju, czuć się obco i samotnie wśród bliskich, być zagubionym w codziennej rzeczywistości. Bohaterowie włóczą się więc własnymi ścieżkami po mapie miasta, a ich losy krzyżują się co jakiś czas za sprawą młodej kobiety o imieniu  Shan. Dziewczynę zna całe miasto, jej zdjęcie wisi na wszystkich słupach ogłoszeniowych. Shan jest kontrrewolucjonistką, która za  sprzeniewierzenie się ideom państwowym została skazana na śmierć.

Powieść chińskiej autorki, która od kilkunastu lat mieszka w Stanach Zjednoczonych, ma  wyraziste  tło polityczne. Poznajemy absurdalne mechanizmy podejmowania decyzji na szczycie władz, ale przede wszystkim wyniszczone przez reżim społeczeństwo, które boryka się z biedą, zimnem, koszmarnym głodem i bezmyślnym okrucieństwem. Yiyun Li opowiada milion ludzkich historii w jednej.  Z bliska przygląda się perypetiom głównych bohaterów, a czasami jakby unosi się nad Błotnistą Rzeką i zagląda dodatkowo do domów anonimowych mieszkańców wspominając i przepowiadając ich losy. W jej świecie urzędnicy państwowi skazują na śmierć aby przypodobać się szefom i dostać w przydziale telewizor, dzieci zabijają z głodu zwierzęta, a rodzice nie kochają swoich  córek. Nie ma tu  ludzi niewinnych, po prostu dobrych, albo po prostu złych. Autorka  żongluje naszymi uczuciami wobec bohaterów, ciągle konfrontuje nasze sympatie niespodziewanie odkrywając nowe aspekty życia mieszkańców Błotnistej Rzeki. Skłania nas do przyznania, że często żyjemy własnym wyobrażeniem innych ludzi i ich czynów i często jesteśmy bardzo dalecy od prawdy.

Pomimo że historie opisane przez Yiyun Li są dość ciężkiego kalibru, książkę świetnie się czyta. Wbrew pozorom jest lekka, swobodnie lawiruje między wątkami, nie popada w patos, ani nie paraliżuje czytelnika. Język pisarki jest barwny, ale nie przekoloryzowuje. Drażni, ale nie odpycha. Jest szorstki, ale nie pozostawia nas obojętnymi. To książka fantastycznie wyważona. Jednoznacznie ocenia chiński reżim,  ale skupia się na uniwersalnych relacjach międzyludzkich i odpowiedzialność za własne czyny przypisuje jednostkom. Yiyun Li to autorka zdecydowanie warta zapamiętania.

sobota, 04 września 2010

We wstępie do swojej książki Magdalena Środa ironizuje, że tytuł Kobiety i władza powinien raczej brzmieć Kobiety i brak władzy i jednoznacznie dowodzi tego w swoich tekstach. Autorki nie trzeba chyba nikomu przedstawiać. Etyczka i filozofka, znana postać polskiego ruchu feministycznego zredagowała książkę składającą się ze swoich licznych artykułów i esejów dotyczących sytuacji kobiet w Polsce.  Zdecydowanie nie jest to pozycja naukowa,  napisana jest niezwykle przystępnym językiem, czasami ocierającym się o potoczny. Środa niejednokrotnie ucieka się do ironii, czy nawet zwyczajnej złośliwości prezentując sylwetki ulubionych polityków czy publicystów. To książka bardzo szczera, bezkompromisowa, bez kalkulacji i gryzienia się w język. Miejscami jednak jest chaotyczna, w różnych rozdziałach dotyczących całego wahlarza spraw społecznych od macierzyństwa po historię polskiego feminizmu powtarzają się te same argumenty, a miejscami trochę naciąga koncepcję, że wszystkiemu są winni faceci.

Nie znoszę etykietek, nie zastanawiałam się więc nigdy nad tym, czy jestem feministką. Poglądy chociażby Magdaleny Środy były dla mnie  zawsze sprawą oczywistą, kwestią logicznego i samodzielnego myślenia. Zawsze jednak zastanawiała mnie na przykład kwestia kobiet, które robiły zawrotną karierę kręcąc w telewizji tyłkami  (kiedyś nawet już o tym dyskutowałyśmy na blogu). Z jednej strony każda kobieta ma prawo do samodzielnego decydowania o swoim życiu, sposobie zarabiania, stylu ubierania. Kręcące tyłeczki mają więc prawo do krótkich spódniczek i zarabiania swoją seksualnością. Na ile jednak jest to wolny wybór, a może i świadome, instrumentalne wykorzystywanie patriarchalnego społeczeństwa, a na ile wyraz zupełnego zmanipulowania i powielenia przyswojonych drogą socjalizacji wzorców? Weźmy na przykład gwiazdę włoskiej sieci telefonicznej TIM, która co kilka tygodni występuje w nowej reklamówce (ciężko zresztą się domyślić, że to reklamy telefonów komórkowych), prowadzi show w telewizji i jest czołową celebrytką we Włoszech. Kobieta wyzwolona czy zniewolona?

 

 

Magdalena Środa porusza ten problem rozważając kwestie prostytucji i pornografii. Okazuje się, że te dwa tematy to punkt sporny również wśród feministek. Liberalne feministki  nie potępiają zarabiania własnym ciałem, o ile nie wynika ono z przymusu  i nie dotyczy dzieci.  Liczy się przede wszystkim wolność wyboru i decydowania o sobie. Z drugiej strony radykalne feministki twierdzą, że prostytucja czy pornografia są najjaskrawszym wyrazem podporządkowania i instrumentalizacji kobiet.(...) To patriarchalizm powoduje, że prostytutką jest każda kobieta (żona, sekretarka, dziewczyna, pracownica, kobieta upadła), ponieważ zawsze w jakiejś formie sprzedaje się mężczyźnie (str 241).

Jestem skłonna zgodzić się z liberalnym podejściem do prostytucji, pornografii czy sprzedawania swojej  seksualności w telewizji. Daleka też jestem od oceniania moralnie tych  zjawisk. Podobne zdanie ma zresztą i Środa. Rzecz w tym, że taka przyzwalająca postawa powiela stereotypy, z którymi walczą feministki, jest mechanizmem napędzającym patriarchalny model społeczeństwa. Prawo pracy dostosowane jest do mężczyzn, ciągle nie uwzględnia wystarczająco kwestii macierzyństwa, powrotów do pracy po okresie wychowaczym, pracy domowej kobiet. Polityka rządowa skupia się na męskich  priorytetach: zbrojeniach, wojnach, budowaniu stadionów, dróg dojazdowych do nich itd. A to właśnie te modele, gdzie kwestie kobiece są drugorzędne i sprowadzane do seksualności, należy zwalczać. Tak długo jak będziemy hołdować męskim priorytetom, będziemy nierówno traktowane w pracy, narażone na molestowanie,  gorzej opłacane, będziemy pozbawione możliwości decydowania o własnym ciele i rozwoju zawodowym.

Jako receptę na ten dysonans Środa wydaje się wskazywać parytety. Zamiast pracy u podstaw, feministki sugerują zacząć zmiany od góry - od tych, którzy decydują. 35% posłów płci żeńskiej wystarczy aby kwestie kobiece podnieść do wyższej rangi. Teraz ciągle jest nas za mało w polityce i na wysokich stanowiskach. Kobiety nie zostały nauczone walki o swoje potrzeby, przyzwyczaiły się do tego, co mogą osiągnąć w męskim świecie, zaakceptowały swoją pozycję i role, jakie mogą odkrywać (role żon, kochanek, asystentek, seks bomb). Potrzebują kopa w pupę, potrzebują windy, która wzniesie je na poziom równy z mężczyznami, bo podczas gdy ci jechali ruchomymi schodami w górę, one siedziały zamknięte w domach (str.351). Musimy stanąć na równi z facetami aby dostrzec te same możliwości. Może wtedy listy kandydatek do Sejmu staną się dłuższe od tych do eliminacji  Miss Polski, a Belen Rodriguez znajdzie inne formy samorealizacji niż reklamowanie komórek w stroju kąpielowym.

Magdalena Środa porusza w swojej książce wiele niezwykle ciekawych kwestii. Nie ze wszystkimi się zgadzam, niektóre uznaję wręcz za zbyt radykalne (na przykład kwestia używania kosmetyków i robienia makijażu), ale o to właśnie w tej książce chodzi. Swoimi poglądami autorka drażni, zmusza do myślenia i szukania własnych odpowiedzi, a czasami też otwiera nam oczy. Polecam wszystkim, którzy nie boją się chadzać niewydeptanymi ścieżkami.

poniedziałek, 12 lipca 2010

Świat nura Aleksandra Kościowa należy do tych książek, które zaczyna się czytać na nowo ledwie się je skończy. Pozostawiają nas bez odpowiedzi na nasze pytania albo dają niepozorny klucz do nich dopiero na ostatnich stronach.  Takie książki są jak nocny lot nad uśpionym miastem, kiedy na chwilę zaglądamy w różne miejsca i zaraz ruszamy dalej, nie widząc, jak kończą się historie spotkanych przelotem osób. Uświadamiają, że rozwiązanie tkwi w nas, w naszej wyobraźni i pamięci.

Kościów stworzył miniaturkę naszego świata, gdzie wszystko coś nam przypomina, ale równocześnie jest inne od tego, co znamy. Imiona osób, nazwy sklepów, ulic, restauracji są jakby znajome, ale jednak obce. To to uczucie, kiedy czasami mamy wrażenie, że już przeżyliśmy sytuację, w której właśnie się znajdujemy. I nigdy nie wiemy, czy to wspomnienie czy może sen.  Czy fragment jakiejś innej rzeczywistości, w której już kiedyś byliśmy. Właśnie ta dwoistość świata, niezależnie czy nazwiemy ją niebem i piekłem, życiem po życiu, snem i jawą, czy w końcu różnymi poziomami  tej samej rzeczywistości, czy po prostu dwoma równoległymi światami, w których możemy funkcjonować, jest główną cechą świata nura.

O co może prosić pojawiające się i znikające wspomnienie? (...) O nazwanie go. (str. 437) Tym w gruncie rzeczy zajmuje się główny bohater powieści - Arrlo. Szuka odpowiedzi na nękające go pytania, przywoływane przez innych wspomnienia i sny, próbuje sprostać oczekiwaniom osób, które wiedzą o nim coś, czego on nie może sobie przypomnieć. Nie sposób w kilku słowach streścić wielowątkowy Świat nura. To nie tyle historia szkatułkowa, co wielki pokój po sufit zawalony szkatułkami zawierającymi mniejsze szkatułki zawierające mniejsze szkatułki... Kanwa historii jest taka: Arrlo jest antykwariuszem, który kiepsko zna się na książkach, poza tą jedną, której nigdy nie czytał, ale którą musi odnaleźć. Pomaga mu w tym nowopoznana dziewczyna o imieniu Harley, która również  szuka odpowiedzi zawartych w tajemniczym zbiorze Pielęgnacja i tożsamość drzew. Przynajmniej do czasu swojego tajemniczego zniknięcia...

 

Świat nura jest oniryczny, z pozoru zwyczajny,  szary i mglisty, a jednak pełen  dziwnych korytarzy, gdzie drzwi wychodzą na morskie nabrzeże, a w tunelach metra mieszczą się  sekretne kluby  nocne.  Pozornie zwyczajni bohaterowie okazują się mistrzami gry w flippery, płatnymi mordercami, miłośnikami pączków z dżemem, zaklinaczami instrumentów muzycznych albo drzewami. Ta ambiwalentna atmosfera, gdzie nic nie jest jasne i gdzie ciągle mnożą się pytania, sprawia, że czytelnik zaczyna na własną rękę podążać labiryntami: czy w związku Arrlo i Harley nie  ma przypadkiem analogii do nieszczęśliwej miłości pani Padmo i dr Surmeanna? Obie kobiety nagle znikają, funkcjonują gdzieś między światami. Do tego mają ten sam naszyjnik! Może to nie matka i córka, ale ta sama osoba funkcjonująca w dwóch różnych rzeczywistościach? Ach, więc może Arrlo to młode wcielenie dr Surmeanna, który wcześniej był szamanem ze snów antykwariusza? W końcu Arrlo wchodzi do naszych snów (naprawdę był u mnie) i sami zaczynamy gubić się na granicy dwóch światów, tworząc kolejną szkatułkę...

Powieść przeleżała na mojej półce chyba z rok. Ale kiedy w końcu po nią sięgnęłam, rozpoczęła się uczta. Po pierwsze uczta językowa. Kościów pisze fantastycznie, bawi się językiem jak plasteliną, obdarzając swojego bohatera stoickim charakterem i nieszablowanym sposobem myślenia.  Dzięki temu Arrlo stał się jednym z moich ulubionych bohaterów literackich. Po drugie uczta doznań  czyli realizm magiczny rodem z Murakamiego. Między pisarzami jest jednak jedna fundamentalna różnica. Bohaterowie Murakamiego są samotnikami z wyboru, urodzonymi melancholikami i samotnikami, którzy nadzwyczaj dobrze czują się w onirycznej rzeczywistości. Arrlo z kolei to sympatyczny, całkiem towarzyski i dowcipny facet, który zupełnie nie może odnaleźć się w dziwnych dla siebie realiach. Ciągle się dziwi, wątpi i marzy tylko o tym, żeby móc w końcu wrócić do domu i się wykąpać. Strasznie fajny facet. Świetny pisarz. Fantastyczna książka.

 

 

Obie grafiki, które doskonale wpisują się w klimat powieści, są autorstwa M.C. Eschera. Nie bez przyczyny druga z nich znalazła się na okładce powieści wydanej przez Muzę SA.

Świat nura Aleksandra Kościów należy do tych książek, które zaczyna się czytać na nowo ledwie się je skończy. Pozostawiają nas bez odpowiedzi na nasze pytania albo dają niepozorny klucz do nich dopiero na ostatnich stronach.  Takie książki to jak nocny lot nad uśpionym miastem, kiedy na chwilę zaglądamy w różne miejsca i zaraz ruszamy dalej, nie widząc, jak kończą się historie spotkanych przelotem osób. Uświadamiają, że rozwiązanie tkwi w nas, w naszej wyobraźni i pamięci.

Kościów stworzył miniaturkę naszego świata, gdzie wszystko coś nam przypomina, ale równocześnie jest inne, od tego co znamy. Imiona osób, nazwy sklepów, ulic, restauracji są jakby znajome, ale jednak obce. To to uczucie, kiedy czasami mamy wrażenie, że już przeżyliśmy sytuację, w której właśnie się znajdujemy. I nigdy nie wiemy, czy to wspomnienie czy może sen.  Czy fragment jakiejś innej rzeczywistości, w której już kiedyś byliśmy...

O co może prosić pojawiające się i znikające wspomnienie? (...) O nazwanie go. (str. 437) Tym w gruncie rzeczy zajmuje się główny bohater powieści - Arrlo. Szuka odpowiedzi na nękające go pytania, przywoływane przez innych wspomnienia i sny, próbuje sprostać oczekiwaniom osób, które wiedzą o nim coś, o czy on nie może sobie przypomnieć. Nie sposób w kilku słowach streścić treść Świata nura. To nie tyle historia szkatułkowa, co wielki pokój po sufit zawalony szkatułkami zawierającymi mniejsze szkatułki, zawierające mniejsze szkatułki... Kanwa historii jest taka: Arrlo jest antykwariuszem, który kiepsko zna się na książkach, poza tą jedną, której nigdy nie czytał, ale którą musi odnaleźć. Pomaga mu w tym nowopoznana dziewczyna o imieniu Harley, która również  szuka odpowiedzi zawartych w tajemniczym zbiorze Pielęgnacja i tożsamość drzew. Do czasu swojego tajemniczego zniknięcia...

Świat nura jest oniryczny, z pozoru zwyczajny,  szary i mglisty, a jednak pełen  dziwnych korytarzy, gdzie drzwi wychodzą na morskie nabrzeże, a wtunelach metra mieszczą się  sekretne kluby  nocne.  Pozornie zwyczajni bohaterowie okazują się mistrzami gry w flippery, płatnymi mordercami, miłośnikami pączków z dżemem, zaklinaczami instrumentów muzycznych albo drzewami. Ta magiczna atmosfera, gdzie nic nie jest jasne i ciągle mnożą się pytania sprawiaja, że czytelnik zaczyna na własną rękę podążać labiryntami: Czy Arrlo i Harley nie przypominają zbytnio nieszczęśliwego związku pani Padmo z Dr Surmeannem? Obie kobiety nagle znikają.Do tego mają ten sam naszyjnik! Może to nie matka i córka, ale ta sama osoba funkcjonująca w dwóch różnych światach? Ach, więc może Arrlo to młode wcielenie dr Surmeanna, który wcześniej był szamanem ze snów antykwariusza?

Bez wątpienia świat Kościowa przypomina rzeczywistość Murakamiego. Jest tu jednak jedna fundamentalna różnica. Bohaterowie Murakamiego są samotnikami z wyboru, urodzonymi melancholikami i samotnikami, którzy nadzwyczaj dobrze czują się w onirycznej rzeczywistości. Arrlo z kolei to sympatyczny, towarzyski i dowcipny facet, któryzupełnie nie może odnaleźć się w dziwnych dla siebie realiach. Ciągle się dziwi, wątpi i marzy tylko o tym, żeby móc wrócić do domu i się wykąpać.

 

 

niedziela, 20 czerwca 2010

Którą drogę byś wybrał: tę, na której rośnie trawa i kwiaty, czy tę pełną śmieci i śladów opon? Prawidłowa odpowiedź: Tam, gdzie chodzą ludzie (rzucają śmieci) i jeżdżą samochody (zostawiają ślady), zagrożenie minami jest najmniejsze.

Takie porady zawiera broszura informacyjna dla czeczeńskich dzieci w wieku szkolnym, którą w swojej książce wspomina Åsne Seierstad. Dzieci Groznego w odróżnieniu od Księgarza z Kabulu nie skupiają się na jednej rodzinie, jednym miejscu i jednym czasie.  Tym razem książka Seierstad jest wielowątkowa, ma wielu bohaterów, jest zapisem kilku podróży, które dziennikarka odbyła do Czeczenii. Mniej przypomina powieść, a bardziej typowo dziennikarski reportaż, czyta się jednak równie dobrze.

Seierstad, absolwentka rusycystyki, zafascynowana rosyjską kulturą, stawia pierwsze dziennikarskie kroki w Moskwie. Kiedy w 1994 wybucha pierwsza wojna czeczeńska, postanawia przedostać się do Groznego jako korespondent wojenny. Wraca potajemnie do Czeczenii dopiero po 12 latach, bez wymaganego zezwolenia władz rosyjskich, które uniemożliwiają obcokrajowcom swobodne poruszanie się po republice. Po raz trzeci przyjeżdża wraz z oficjalną wycieczką organizowaną dla zagranicznych dziennikarzy, w czasie której udaje się jej przeprowadzić wywiad z marionetkowym prezydentem Czeczenii Ramzanem Kadyrowem.

Po latach od pierwszej wizyty w Groznym Seierstad pisze: Kiedyś, zafascynowana Rosją, gnana niezłomną ciekawością, szukałam rosyjskiej duszy. Podróżując po imperium trzecią klasą, zachwycałam się i dziwiłam. Czyżby mój stosunek do świata zmienił się na zbyt negatywny? Czyżbym się rozczarowała? Realia rosyjskiej polityki pozbawiają ją złudzeń. Opowieści Seierstad nie pozostawiają wątpliwości, po której stronie konfliktu się opowiada. Jej reportaże nie tracą jednak na wiarygodności ponieważ autorka dokłada wszelkich starań aby poznać punkty widzenia obu stron.

Seierstad przyjaźniła się Anną Politkowską, cytuje jej wywiady w książce.  Wprost pisze o rasizmie Rosjan, którzy obywateli Federacji dzielą na prawdziwych Ruskich i resztę.   Przypomina czystki, jakich dokonywał na Czeczenach Stalin wysiedlając ich na Syberię. Dla Rosjan Czeczeni to barbarzyńcy i terroryści, zbuntowane wilki, które trzeba w końcu poskromić. Sto tysięcy Czeczenów zginęło podczas wojny. Większość z nich to cywile. Wśród nich było dużo dzieci - mówię. - Nikt nie jest tylko dzieckiem. W Czeczenii nawet dzieci wiedzą, jak się posługiwać automatem. Tam wszycy są bojownikami. (...) Wiesz, co powinniśmy zrobić? Spuścić bombę. Taką bombę, która unicestwi całą Czeczenię.

Pomimo iż w Czeczenii nie trwają już działania wojenne, sytuacja jest daleka od spokojnej i stabilnej. Krążą niezliczone opowieści o anydemokratycznym, putinowskim prezydencie Kadyrowie, jego służbach specjalnych i salach tortur. Seierstad kontaktuje się z  czeczeńskimi organizacjami praw człowieka, które umożliwiają jej spotkania z bliskimi osób, które tajemniczo zaginęły, były oskarżane o terroryzm, torturowane, zastraszane. Opowiada o wdowach i matkach, które przeżyły piekło wojny, o czeczeńskich sierotach, które włóczą się po mieście bo państwowe domy dziecka zostały zamknięte przez Kadyrowa. Jej historie pozbawione są ozdobników, są mocne, dosadne, a co gorsza wszystkie są prawdziwe.

Z drugiej strony Seierestad jasno wskazuje błędy Czeczenii, która zbytnio zbliżyła się do fundamentalizmu islamskiego. Wiele problemów społecznych, jak choćby zabójstwa honorowe, są wynikiem rozprzestrzeniającego się wahabizmu. Przywódcy grup partyzanckich zaczęli w swej retoryce nawiązywać do zasad dżihadu. Biesłan, Dubrowka to tylko dwa z wielu zamachów dokonanych przez radykalne ugrupowania,  dzięki którym Czeczenom przyklejono etykietkę terrorystów, islamskich terrorystów.

Dzieci Groznego to przede wszystkim książka odważna odwagą swoich bohaterów, którzy boją się mówić o tym, czego doświadczyli, ale mimo to podejmują ryzyko. To też książka bardzo wiarygodna mądrością i rzetelnością swojej autorki, która nie ukrywa swoich poglądów, ale też nie koloryzuje i przesadnie nie beletryzuje. Seria Terra Incognita wydawnictwa WAB, w ramach której ukazała się ta książka, jest naprawdę warta uwagi. W miarę możliwości mam zamiar sięgać po kolejne pozycje z tej listy. Czuję, że się nie zawiodę.

 

PS W poprzednim poście znajdziecie wyniki urodzinowej ankiety.

niedziela, 02 maja 2010

Gdzieś przeczytałam, że dziennikarz, który towarzyszył Ryszardowi Kapuścińskiemu w podróży po Iranie, znalazł w Szachinszachu sześć zmyślonych historii. Odpowiadając na ten zarzut, pisarz zasugerował koledze, że powinien szukać dalej, bo nie zauważył jeszcze trzech.

Wiele opowieści przytaczanych w reportażu o rewolucji religijnej w Iranie jest wykreowanych na potrzeby książki. Ewidentnie ułatwiają one autorowi wyjaśnienie fundamentów przemian, jakie zaszły w Persji w 1979. Szachinszach nie jest bowiem jedynie relacją dziennikarza z centrum zamieszek (prawie cała książka została napisana w Teheranie), ale głęboką analizą systemu totalitarnego i mechanizmów władzy absolutnej. Kapuściński ucieka się  też do bardzo uważnej analizy specyfiki społeczeństwa irańskiego. Dzięki opisywanym historiom i zdjęciom, ta analiza staje się pasjonująca i zaskakująca. I nawet czytając książkę prawie trzydzieści lat po jej wydaniu, nasuwają się jednoznaczne skojarzenia z naszym rodzimym systemem totalitarnym.

Iran miał wielką szansę na demokrację na początku lat 50, kiedy premierem został Mohammad Mosadegh. Tę szansę odebrała mu amerykańska CIA, która zorganizowała przewrót i przywróciła na tron swoją marionetkę - szacha Pahlaviego (swoją drogą fragment o udziale CIA w puczu został wyrzucony z amerykańskiego wydania Szachinszacha).  Pahlavi był władcą tak krótkowzrocznym, że nie znał nawet własnego podwórka. Wielka rewolucja techniczna, którą usiłował wprowadzić, okazała się totalnym fiaskiem. Setki ciężarówek, samolotów czy okrętów, które kupił, szybko stały się zardzewiałym złomem. W Iranie brakowało kierowców, pilotów, inżynierów, nie było portów i dróg, o czym, jak ironizuje Kapuściński, szach nie wiedział. Były za to tysiące analfabetów i przymierających głodem wieśniaków, którzy w kraju ropą płynącym, palili plackami z krowiego łajna. Szach chciał stworzyć z Iranu trzecie na świecie mocarstwo, a w ciągu swojego panowania nie zaopatrzył wiosek nawet w studnie.

Wielka Cywilizacja, którą usiłował wprowadzić Pahlavi jest nazywana sarkastycznie przez Kapuścińskiego Wielką Grabieżą i Wielkim Upokorzeniem. Grabieżą ponieważ to okres, w którym szalała korupcja, bogacili się najbogatsi, a pieniądze przekazywane przez Amerykanów na rozwój kraju, wracały do Stanów jako prywatne lokaty bankowe irańskich generałów i dostojników państwowych. Upokorzeniem, ponieważ zamiast budować politechniki i szkoły aby kształcić swój lud, szach wysyłał inteligencję na studia za granicę mając nadzieję, że nigdy do kraju nie wróci i przyjmował na wysokie stanowiska cudzoziemców. W Iranie za niewiarygodnie wysokie stawki pracowali niemieccy inżynierzy, włoscy mechanicy, amerykańscy wojskowi. Irańczyk szybko zrozumiał myśl, która przyświecała szachowi - wy tam sobie siedźcie w cieniu meczetów i pasajcie owce, bo nim z was coś wyrośnie, minie stulecie, a ja przecież muszę z Amerykanami i Niemcami zbudować w dziesięc lat światowe imperium.

Trzymając się za wszelką cenę tronu, Mohammad Pahlavi pozbywał się opozycji. Służył mu do tego Savak, aparat tajnej policji, która szpiegowała, torturowała i usuwała każdego, który został uznany za wywrotowca. A o to nie było trudno. Kapuściński przytacza (zmyśloną?) historię o starszym mężczyźnie, który w upalny dzień usiadł na przystanku i narzekał na panującą duchotę: jest tak duszno, że nie ma czym oddychać. Został natychmiast aresztowany przez agenta, który w jego słowach dopatrzył się krytyki systemu. Panowała ostra cenzura słowa, filmów i książek, zakazani byli Szekspir i Molier ponieważ ich sztuki krytykowały przywary władców. Ludzie bali się ze sobą rozmawiać, podejrzewali się wzajemnie o bycie agentem. Jakże ta sytuacja przypominała nasz rodzimy system, gdzie donosili na siebie koledzy z pracy, przyjaciele i członkowie rodziny.

Dlatego w miarę jak dyktatura zaciska obręcz i coraz większe milczenie zapada w pracy i na ulicy, meczety zapełniają się ludźmi i gwarem. Kapuściński trafnie zauważa, że w odróżnieniu od kościoła, który jest miejscem ciszy i skupienia, meczet jest miejscem spotkań i dialogu. Fenomenem irańskiego pejzażu są właśnie meczety otoczone kawiarniami i bazarem. I choć nie tylko mułłowie stanowili opozycję wobec szacha, to właśnie meczety stały się kolebką rewolucji w 1979. Szyizm, który przyjęli podbici przez Arabów Persowie, był odłamem buntowników, religią pokrzywdzonych,  narzędziem kontestacji i oporu. Idealnie wpisał się więc w los szykanowanego i uciszanego społeczeństwa, które chciało pozbyć się marionetkowego przywódcy. Również tu narzuca się podobieństwo do reżimu komunistycznego, który zwalczając katolicyzm, sprawiał, że religia rosła w siłę i stała się jednym z fundamentów rewolucji.

Szyizm w Iranie był jednak znacznie silniejszy niż katolicyzm w Polsce: szyici nie tylko odrzucają władzę kalifów, ale również ledwie tolerują wszelką władzę świecką. (...) Od czasów Safavidów w Iranie istniała swoista dwuwładza - monarchii i kościoła. Naturalną koleją rzeczy po odrzuceniu monarchii było więc stworzenie republiki islamskiej. I choć o wyzwolenie od dyktatury Pahlavich walczyła też liberalna inteligencja i komuniści, w 1979 na placu boju został tylko Chomeini, mówiący prostym, zdecydowanym językiem ajatollah - symbol.

Postanowiłam sięgnąć po Szachinszacha, kiedy głośno zrobiło się o kontrowersyjnej biografii Kapuścińskiego napisanej przez Artura Domosławskiego. Nie czytałam tej pozycji i nie wiem, czy po nią kiedyś sięgnę. Zawsze jednoznacznie oddzielałam oceny twórczości artystów od oceny ich życia prywatnego. Nie przeszkadzają mi też zarzuty o beletryzowaniu reportaży ponieważ, jak pokazuje Szachinszach, nie ujmuje ono autentyczności opisywanym wydarzeniom. A spostrzegawczość Kapuścińskiego i prostota, z jaką kreślił swoje obserwacje, jest nie do przecenienia. Na koniec już ostatni cytat:

Wschód jest Wschodem i Zachód - Zachodem i te dwa światy nigdy się nie spotkają. Nie spotkają i nie zrozumieją. Azja odrzuci każdy przeszczep z Europy jak obce ciało. Europejczycy mogą się oburzać, ale niewiele to zmieni. W Europie epoki zmieniają się, nowa wypiera poprzednią, co jakiś czas ziemia oczyszcza się z przeszłości, człowiekowi z naszego stulecia trudno zrozumieć jego przodków. Tutaj jest inaczej, tu przeszłość jest równie żywotna jak teraźniejszość, nieobliczalny i okrutny wiek kamienia łupanego współistnieje z chłodnym, wyrachowanym wiekiem elektroniki, żyją one w tym samym człowieku, który jest w równym stopniu potomkiem Dżyngis-chana co uczniem Edisona, o ile, oczywiście, ze światem Edisona w ogóle kiedyś się zetknął.

 

 

 

sobota, 17 kwietnia 2010

Wydawnictwo W.A.B. nieprzypadkowo wybrało właśnie blogi do promocji swojej najnowszej pozycji Samotność liczb pierwszych Paolo Giordano. Blogerzy to takie samotne wyspy na internetowym oceanie, które znają się i wzajemnie komentują, ale którym z rzadka udaje się bezpośrednio poznać i umówić na kawę. Akcja czytania i przekazywania sobie tej samej książki rodzi nową, namacalną więź między nami, niweluje wirtualny dystans, który pewnie w większości wypadków nigdy nie skróci się do szerokości kawiarnianego stolika. Dlatego właśnie z przyjemnością biorę w niej udział, przekazując moją książkę Butters.

Podobnie jak blogerom, również bohaterom wspomnianej powieści nigdy nie udało się zbliżyć do siebie tak, jak by chcieli. Alice i Mattia to takie dwie satelity krążące wokół siebie przez całe życie. Albo używając matematycznego języka to takie bliźniacze liczby pierwsze, które z sobą sąsiadują lub raczej prawie sąsiadują, bo między nimi stoi zawsze liczba parzysta, która nie pozwala im się stykać naprawdę. (...) Kto ma cierpliwość, by kontynuować liczenie, odkrywa, że liczby bliźniacze, im większe, tym są rzadsze. Natrafia na liczby pierwsze coraz bardziej odosobnione, zagubione w przestrzeni wypełnionej samymi tylko cyframi. (...) Pojawia się wtedy niepokojące podejrzenie, że napotkane dotąd pary były przypadkowe, a prawdziwym przeznaczeniem liczb pierwszych jest samotność. (str. 139 - 140) Alice i Mattia są właśnie takimi jednostkami skazanymi na samotność. Traumy, jakich doświadczyli w dzieciństwie, odbiły się nieodwołalnie na ich dorosłym życiu. Im są starsi, tym trudniej znaleźć  im wspólny język z innymi, nie potrafią funkcjonować w stworzonych związkach, wybierają zawody, dzięki którym mogą się ukryć przed całym światem. Mogliby stworzyć swój własny świat razem, ułożyć własną rzeczywistość z rozbitych w dzieciństwie marzeń i radości. Mogliby, gdyby między nimi zawsze nie stała ta nieszczęsna liczba parzysta...

Lubię książki o samotności, lubię ich intymną atmosferę pozbawioną sztucznego szczęścia i happy endów. Autorowi Samotności liczb pierwszych temu wyzwaniu udaje się sprostać. W powieści jest  też dodatkowy pierwiastek, który zaskakuje i w pewnym sensie tworzy nową jakość. Powieść Paolo Giordano, który z wykształcenia jest fizykiem, to w gruncie rzeczy prosta historia nieszczęśliwej miłości, która jednak uderza naukowym chłodem i matematyczną wręcz precyzją. Ma bardzo przemyślaną konstrukcję, która sprowadza się do przedstawiania pojedynczych epizodów z życia głównych bohaterów. Epizodów, które dowodzą postawionej tezy o samotności liczb pierwszych. Książka jest jednym wielkim równaniem, w którym kilka obliczeń bym chętnie pominęła, prawdopodobnie jednak ostateczny wynik nie byłby wtedy tak oczywisty. A jestem przekonana, że autor na ostatniej stronie rękopisu z satysfakcją napisał c.n.d. - czego należało dowieść - tak, jak robią wszycy matematycy kończąc każdy dowód twierdzenia.

 

piątek, 12 marca 2010

Joël Egloff miał pojawić się na tym blogu już dawno, ale losem swoich bohaterów musiał uzbroić się w anielską cierpliwość stawiając czoła różnym absurdalnym zbiegom okoliczności i prozaicznemu brakowi czasu mojej skromnej osoby. Ale oto w końcu jest, przy czym problemy jego bohaterów to dopiero nie lada wyzwanie.

Weźmy na to Człowieka, którego brano za kogoś innego. Facet wszystkim kogoś przypomina i nie zawsze są to przyjemne wspomnienia. Stąd nie raz dostaje po zębach, wplątuje się w absurdalne rozmowy i układy, z których wrodzona grzeczność nie pozwala się mu wyplątać. Zostaje zmuszony zamieszkać z nieznajomą rodziną, gdzie nawet pies rozpoznaje w nim utraconego pana, listonosz przynosi mu zaadresowane do kogoś innego listy miłosne, z których musi się tłumaczyć przed nie swoją żoną, a rodzona ciotka (czy raczej kuzynka ciotecznej babki) przestaje go nagle poznawać podejrzewając, że jest niemieckim szpiegiem. Oczy, nos, usta - siłą rzeczy zawsze to kogoś przypomina (s.13)

Albo Edmond Ganglion & Syn. Ci dopiero mają problemy - prowadzą zakład pogrzebowy w miasteczku, w którym nikt nie umiera. Ba, starsi ludzie przychodzą upewnić się do zakładu, że jeszcze żyją, przydając tylko cierpienia bezrobotnym grabarzom. Ale w końcu zdarza się cud i pojawia się wyśniony nieboszczyk. To jednak dopiero początek kłopotów Molo i Georgesa, dwóch grabarzy, którzy muszą pochować zmarłego w sąsiedniej miejscowości. Finał całej opowieści naprawdę mrozi krew w żyłach. Zdradzę tylko, że prawie padniecie trupem!

I na koniec jeszcze Zamroczenie. Główny bohater mieszka między smrodzącą fabryką, a wysypiskiem śmieci. Sypia tuż pod kablami wysokiego napięcia, do tego w kasku ochronnym, bo z latających nad dachem samolotów często wypadają większe lub mniejsze przedmioty. Chłopak na wakacje jeździ do oczyszczalni ścieków, a pracuje w rzeźni. Dojeżdża tam rowerem z zamkniętymi oczami, bo w czasie jazdy ucina sobie krótką drzemkę. Nie ma zresztą co oglądać po drodze, w miasteczku zazwyczaj panuje mgła, a ładny dzień przypomina paskudnę pogodę w polarną noc.

Joël Egloff uwielbia kreować w swoich miniaturowych powieściach absurdalne, karykaturalne światy. Jest absolutnym mistrzem czarnego, przerysowanego humoru. Jego książki to gotowe scenariusze dla fińskiego reżysera Aki Kaurismakiego, który również lubuje się w minimalistycznym sposobie bycia bohaterów, przesuwaniu akcentów  i przerysowywaniu rzeczywistości. Co więcej, książki Egloffa mają zazwyczaj drugie dno. Człowiek, którego brano za kogoś innego (właśnie pojawił się w polskich księgarniach, znajdziecie go przeglądającego francuską literaturę),  wyraźnie nawiązuje do książek z kafkowskiego nurtu pytań o własną tożsamość. Jak bardzo to inni kształtują nasze ja? Jesteśmy naszym odbiciem w lustrze czy może w oczach innych?

Znowu zacząłem biec. Zniknąłem za rogiem ulicy. A może to biegł ktoś inny, sam już nie wiem.(s.187)

Ponad wszystko jednak Egloff to mistrz pióra i satyry. Zaproście go do siebie, wpadnie nie bez przyjemności.

 

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 9