Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS

Filmy

wtorek, 27 września 2011

Kino - jeszcze jeden powód aby lubić jesień. Dziś w filmowym skrócie o tym, co ostatnio  w zasypanym kolorowymi liśćmi kinie mnie poruszyło. I o tym, na co już się cieszę wyciągając z pudeł ciepłe szaliki. Moja jesień jest jak zawsze bardzo filmowa i kolorowa. A Wasza - jaka jest? Co widzieliście, co chcielibyście zobaczyć? Co polecacie, a co kategorycznie odradzacie? 

 

Top Floor Left Wing, reż.  Angelo Cianci

Festiwalowy film, który pewnie nie trafi do szerszej dystrybucji. Nagroda FIPRESCI na Berlinale. Cudownie śmieszna komedia, która w świeży, inteligentny sposób porusza niezwykle aktualny temat muzułmańskiej emigracji we Francji, ale też ponadczasowe kwestie dialogu między pokoleniami. Pięknie pokazane współczesne problemy komunikacji między nacjami, grupami społecznymi, sąsiadami i rodzinami. Mikrokosmos w malutkim, blokowym mieszkaniu - ostatnie piętro, lewe skrzydło. Dzień jak co dzień - 11 września.

 

 

Biutiful, reż. Alejandro Gonzàlez Iñárritu

Iñárritu wspiął się na szczyt własnych możliwości. Obraz ocierający się wręcz o moją definicję doskonałości filmowej. Nosisz go w sobie przez wiele dni po obejrzeniu, nie możesz się uwolnić od zapamiętanych scen, twarzy, melodii (Gustavo Santaolally), świateł i kropli deszczu. Uniwersalne i na wskroś współczesne tematy przeplatają się aby stworzyć idealnie wyważoną całość. Barcelona, jakiej nie znacie. Piękno, na które musicie się otworzyć.



 

 

Rachel getting married, reż. Jonathan Demme

Nokaout przez zaskoczenie. Spodziewałam się lekkiego filmu o ślubnych perypetiach z piękną Anne Hathaway. Dostałam nietuzinkowy dramat rodzinny, z fantastycznymi kreacjami aktorskimi, przytłaczającym sekretem i co najważniejsze oczyszczającym katharsis. Z jednej strony dopracowana amerykańska produkcja, z drugiej alternatywny, nerwowy styl pracy kamery rodem z dogmy. Co za muzyka, co za wesele! 


 

Patang, reż. Prashant Bhargava

Kolejna festiwalowa pozycja, o którą nie będzie łatwo. Ale warto się rozejrzeć, czy przypadkiem nie pojawiła się w programie Waszego lokalnego przeglądu filmów. Debiutancki obraz, daleki od doskonałości, według mnie zbyt długi (a widziałam "skróconą" wersję), z przytłaczającą ilością efektownych zdjęć i ujęć. Ale Uttarayan, czyli święto latawców w Ahmadabad, w czasie którego rozgrywa się akcja, to bajeczny wręcz motyw i tło dla filmu. I chociażby dlatego warto ten film zobaczyć.

 

 Carnage, reż. Roman Polański

Pierwszy film Polańskiego, na który czekałam. Mam ogromną słabość do filmów nakręconych na podstawie sztuk teatralnych. Uwielbiam intymność teatru przeniesioną na ekran kina. Podoba się mi wyzwanie, jakie stawiają sobie filmowi reżyserzy podejmując takie adaptacje. A Polańskiemu wyszło to fantastycznie. Oczywiście kluczem do sukcesu jest genialna sztuka Yasminy Rezy poruszająca cały wahlarz problemów współczesności (od problemów trzeciego świata, poprzez szwindle koncernów farmaceutycznych po uzależnienie od komórek) w iskrzących komizmem i inteligencją dialogach.  Ale oczywiście nic by się nie udało bez niebanalnych (choć trochę przejaskrawionych) kreacji aktorskich, czytaj: Christoph Waltz był znowu genialny! 

 

 

A oto filmy, które bardzo chcę zobaczyć tej jesieni:

Pina, reż. Wim Wenders bo nie mogę się uwolnić od tej muzyki! 

Terraferma, reż. Emanuele Crialese bo znowu nakręcił film o Sycylii

Skóra, w której żyję, reż. Pedro Almodovar bo takiego Almodovara jeszcze nie widziałam

This must be the place, reż. Paolo Sorrentino bo takich duetów (P. Sorrentino + S. Penn)  się nie omija, oj nie

01:04, latajaca_pyza , Filmy
Link Komentarze (24) »
piątek, 22 lipca 2011

Ten film jest równie prosty i bezpretensjonalny jak jego tytuł. I choć to cecha charakterystyczna dla wszystkich obrazów braci Dardenne, w Chłopaku z rowerem nabiera wyjątkowego smaku. Skromna, harmonijna  historia chłopca usiłującego odzyskać zaniedbującego go ojca w odróżnieniu od wcześniejszych filmów braci Dardenne jest ciepła, bardziej optymistyczna, wręcz kojąca. Tym razem akcja filmu umiejscowiona jest gdzieś między wiosną a latem. Nowością są też okruchy muzyki, która zazwyczaj w ich filmach nie istnieje. Tutaj pojawia się w postaci  mocnych akcentów pieczętujących momenty łagodności i wytchnienia małego Cyrila.

Bohaterowie braci Dardenne jak zawsze pochodzą z niższych warstw społecznych, borykają się z codziennymi problemami, żyją często na granicy prawa, na marginesie. Doświadczają życiowych klęsk, mniejszych i większych osobistych tragedii, ale wobec chaosu, który ich otacza potrafią odnaleźć w sobie człowieczeństwo i dobro. Te zimne, paradokumentalne wręcz filmy belgijskiego duetu zawsze dają nadzieję. 

Tydzień wcześniej widziałam Tree of Life Malicka, monumentalne, metafizyczne dzieło, które traktuje o wszystkim, co najważniejsze w życiu używając wielkich słów, wyidealizowanych obrazów i wysokich dźwięków. W porównaniu z nim Chłopak z rowerem, który również opowiada historię o sile rodziny, o wierze, miłości i nadziei, zadaje pytania o istotę człowieczeństwa jest filmem miniaturką. Pytanie tylko czy o ważnych kwestiach trzeba rzeczywiście opowiadać wielkimi słowami i dosłownymi metaforami? A może lepiej użyć prostej, minimalistycznej stylistyki, która nie kreuje dystansu i wrażenia nieosiągalności czegoś co powinno być dla nas naturalne?  Niby to tylko kwestia języka opowieści, ale jakże istotna. Do mnie zdecydowanie bardziej przemawia język braci Dardenne.

 

czwartek, 02 czerwca 2011

 

 

Zielona papaja w obrazie Anh Hung Trana pachnie dzieciństwem i niewinną ciekawością świata. Debiut wietnamskiego reżysera to zmysłowa podróż nie tylko w świat zapomnianych zapachów, ale też uczta dla oka i ucha. Każde ujęcie jest tu idealnie harmonijną kompozycją, każda nuta jest bezbłędnie wkomponowana w obraz. Najmniej ważna jest tu sama historia, zresztą z bardzo oszczędnymi dialogami, gdyż to, co chce nam przekazać reżyser, wyczuwamy wszystkimi innymi zmysłami. Ten obraz jest poezją zapisaną na taśmie filmowej, powrotem w świat dzieciństwa i dorastania, próbą rejestracji niewinności. Wiele tu scen filmowanych jak gdyby z ukrycia, zza okna, poprzez kraty. Wiele też sytuacji, w których obserwują się dyskretnie bohaterowie. Tak jakby nie każdemu dane było wejść ponownie do świata, który już przeminął. A może odwrotnie, w ten sposób po raz kolejny stajemy się dziećmi, które, choć niezwykle ciekawe świata, dostrzegają i rozumieją tylko skrawki rzeczywistości bo często zasłaniają ją zamknięte drzwi i ściszone głosy. 

Celowo nie streszczam Wam kanwy Zapachu zielonej papai. Jeżeli kochacie subtelne kino romansujące z poezją, sztuką i muzyką, myślę, że już Was przekonałam.

 

sobota, 09 kwietnia 2011

Ousmane Sembène uważał kino za skuteczne narzędzie polityki i uzdrawiania świata. Ten senegalski pisarz i największy afrykański reżyser nie łudził się, że jeden film może cokolwiek zmienić, ale wierzył, że już kilka filmów podejmujących podobną tematykę jest w stanie w znaczący sposób zwrócić uwagę opinii publicznej na ważne problemy. A takich problemów Afryka miała i ma wiele. Stąd właśnie jego filmy, które zaczął kręcić w wieku 40 lat, poruszają głównie kwestie społeczne i religijne. Moolaadé, jedyny film Ousmane Sembène, do jakiego udało się mi dotrzeć, poświęcony jest niezwykle rzadko, jeżeli w ogóle, poruszanemu w kinie problemowi obrzezania kobiet.

Obecne głównie na terenie środkowej Afryki, mylnie interpretowane jako wymóg islamu i zakazane w większości krajów świata obrzezanie kobiet jest przekleństwem prawie 2 milionów kobiet i dziewczynek rocznie. Niesie ze sobą  ogromne cierpienie, poniżenie, komplikacje zdrowotne, a nie rzadko również śmierć. W zupełnym błędzie będzie jednak ten, kto zrezygnuje z obejrzenia Moolaadé spodziewając się ciężkiego filmu pełnego drastycznych scen.


 

Film emanuje kolorami, słońcem, ciepłem, śmiechem, radością i kobiecą solidarnością. Poznajemy mieszkanki niewielkiej wioski w Burkina Faso, które na codzień zajmują się pracami domowymi, wychowaniem dzieci, potajemnie słuchają radia, flirtują z objazdowym handlarzem i przygotowują się do wesela. Każda z nich jednak skrywa ukrytą ranę, która wiele z ich sióstr i córek pozbawiła życia. Pewnego dnia kilka dziewczynek ze strachem ucieka z obrzędu obrzezania. Nie bez powodu szukają schronienia u Collé - to właśnie ona jako pierwsza przeciwstawiła się obrzezaniu własnej córki. Tym samym zasiała ziarno rewolucji w innych kobietach, które powoli zaczęło kiełkować.

Moolaadé to film o mocy, jaką daje pierwszy, najtrudniejszy krok, ale też o potędze tradycji, która te kroki paraliżuje. Niełatwo postawić się apodyktycznym mężczyznom i wiekowej tradycji wpajanej od urodzenia. To też bardzo feministyczny film, pięknie pokazujący siłę i determinację kobiet ciekawych świata i dążących do zmian. Doskonale ilustruje to scena, w której mężczyźni postanawiają spalić wszystkie radia w wiosce jako te, które szerzą rewolucyjną zarazę w głowach kobiet.

Sembène udała się rzadka sztuka opowiedzenia ważnej, alarmującej historii bez popadania w ciężkie tony. Siłą tego obrazu są prostota i naturalność, które sprawiają, że ten film staje się po prostu niezapomniany.

 

sobota, 19 lutego 2011

To wręcz niewiarygodne, jak wiele potężnych uczuć i zjawisk udało się zawrzeć Jessice Hausner w swojej prostej, minimalistycznej wręcz formule filmowej. Wiara, cuda, szczęście, samotność, poszukiwanie miłości, niepełnosprawność - te wielkie i trudne słowa stanowią sedno Lourdes, ale bynajmniej nie czynią filmu mało przystępnym czy przerysowanym. Ten mały wielki obraz to absolutna perełka, odkryta przeze mnie dość późno od premiery, ale za to z niekłamanym zachwytem.

 

 

Reżyserka realistycznie oddaje atmosferę miejsc kultu maryjnego.   Mamy tu mieszankę religijności i dewocji, mistycyzmu i kiczu, żarliwości i sceptycyzmu. Wierni przybywają do Lourdes ze swoimi troskami,  problemami, prośbami, gorąco modląc się o cuda,  piją wodę z cudownej groty i uczestniczą w religjnych obrzędach.  Równie  gorliwie jednak wymieniają się plotkami o uzdrowieniach,  zawierają nowe znajomości, wdają się we flirty z opiekunami i współpielgrzymami, opowiadają sobie żarty o Matce Boskiej, która wybrała się na wakacje do Lourdes i robią sobie zdjęcia na tle kościoła. Przybywają z różnych powodów, ale każdy w potrzebie tego, czego w życiu mu brakuje: zdrowia, miłości, bliskości czy po prostu odmiany.

Hausner nie zajmuje się dogmatami wiary, nie podważa ich, ani do nich nie przekonuje. Bardziej niż samym cudom przygląda się bohaterom, którzy są ich świadkami lub bezpośrednimi uczestnikami.  W filmie ludzie patrzą na doświadczających łaski z zaciekawieniem, z zazdrością,  z zakłopotaniem. Wielu głośno bije brawo, jak gdyby cud był wygraną w konkursie, zależną od umiejętności i zaangażowania. I chyba rzeczywiście traktują pielgrzymkę trochę jak bieg o łaskę.  Przepychają się by być bliżej ołtarza, gdzie udzielane jest specjalne błogosławieństwo,  wypytują księdza o podpowiedzi, jak dojść do celu,  podejrzliwie patrzą, kiedy cud dotyka wcale nie najżarliwszych wiernych. Czasami sprawiają wręcz wrażenie, że tylko czekają na to, aż cud się cofnie, że okaże się, że to tylko chwilowa poprawa. A wtedy to już nie będzie cudowne uzdrowienie, bo niby chwilowe, niewyjaśnialne poprawy nie łapią się na definicję cudu. A już na pewno nie boskiego. Jak wiele tracimy zamykając się w sztywnych definicjach szczęścia, cudu czy normalności,  w ich racjonalnych analizach. Pędzimy przez życie pełni sceptyzmu, nieufności i wiecznego przekonania, że inni są szczęśliwsi, piękniejsi, mądrzejszy. Błądzimy w poszukiwaniu idealnych wzorców, zapominając, że to od nas samych zależy definicja naszego szczęścia, naszego życia, naszych codziennych cudów. Święte miejsca nie czynią nas bardziej świętymi tylko dlatego, że je odwiedzamy.

 

 

Siłą kameralnego Lourdes jest jego realizm i obiektywizm. Haunser udaje się podjąć emocjonujące wszystkich tematy z prostotą i szacunkiem, pokazuje je z różnych stron  i pozostawia ich interpretację widzom. To my sami dzięki naszemu prywatnemu stosunkowi do wiary i naszym życiowym doświadczeniom nadajemy poszczególnym wydarzeniom  własne znaczenie. Tak naprawdę nieważne czy Bóg jest dobry czy wszechmogący (jak zauważa jeden z pielgrzymów, gdyby był i  dobry i wszechmogący uzdrowiłby wszystkich), ważne jest, jacy jesteśmy my. Zadajcie sobie to pytanie, śledząc własne uczucia w ostatniej scenie filmu, która, nawiasem mówiąc, moim zdaniem jest genialna. Co wyczytaliście z ciemności, która zapada na końcu?

sobota, 11 grudnia 2010

Film zaczyna się niewinnie - ot, młoda matka z synem Akirą właśnie wprowadziła się do nowego mieszkania i przedstawia się sąsiadom. Chwilę później następuje komiczny moment zaskoczenia - z walizek, które nowi mieszkańcy z wysiłkiem wnoszą do domu, wśród tłumionych chichotów wyskakuje kilkuletni chłopczyk i jego młodsza siostrzyczka.  Wieczorem cichaczem pojawia się jeszcze jedna dziewczynka. Zaczynamy się przyglądać tej tajemniczej rodzinie. Poznajemy motywy, dla których  trójka młodszych dzieci się ukrywa, dlaczego nie chodzą do szkoły ani nawet nie mogą wyjść pobawić się przed domem. Nie wyglądają jednak na nieszczęśliwe, radośnie witają mamę, która wraca z pracy późnymi wieczorami, czekają na nią z kolacją i odrobionymi ćwiczeniami. W miarę jak poznajemy tę nietuzinkową rodzinę, układanka zaczyna się jednak burzyć. Niewinna i lekka  historia zaczyna nabierać zupełnie innych barw...

 

 

Film Hirokazu Kore-edy, doskonale znanego miłośnikom japońskiego kina, powstał na podstawie prawdziwej historii, której główne wydarzenia miały miejsce w Tokio w 1988 roku.  Ekranowa wersja jest jednak znacznie złagodzona i pomija niektóre, mocne wątki. Reżyser świadomie odrzuca sensacyjność tych zdarzeń, skupiając się na dzieciach, a przede wszystkim na najstarszym synu, któremu przypada szczególna rola w tej historii. Podglądamy jego dojrzałość i poczucie odpowiedzialności za rodzeństwo, ale równocześnie poznajemy go jako nastolatka, który che przebywać z rówieśnikami, być taki jak oni. Świat dzieci potrafi być jednak brutalny i bezkompromisowy: albo grasz według naszych reguł albo jesteś sam. Widzimy to na przykładzie Akiry i jego kolegów, ale również ich koleżanki, która zaprzyjaźnia się z rodziną.  Wewnętrzne rozterki dzieci, a przede wszystkim Akiry, pokazane są niezwykle subtelnie, bez zbytecznych gestów, słów czy podnoszenia głosu. Nie bez powodu Yûya Yagira odebrał nagrodę za najlepszą rolę męską na festiwalu w Cannes.

 

 

Ta historia to metafora japońskiego społeczeństwa, którą łatwo jednak przypisać wszystkim nowoczesnym krajom. Nobody knows, nikt nie wie, co się dzieje w tym niewielkim mieszkaniu ponieważ zamknięci na swoich metrach kwadratowych, zajęci własnymi sprawami i w imię poszanowania prywatności nie zaglądamy do sąsiadów obok. To obraz o byciu samotnym i wyalienowanym w przepełnionym ludźmi mieście, o społecznej obojętności, przerażającym braku solidarności. Standardem jest być niewidocznym, nie wchodzić sobie w drogę, co sugerują już pierwsze minuty filmu, kiedy matko Akiro przedstawia syna sąsiadom: na pewno nie będzie nikomu przeszkadzać, zapewnia. Należy żyć tak, aby nikt nie wiedział, że tu jesteśmy. Wyróżnianie się, proszenie o pomoc może przynieść tylko negatywne skutki. Nie bez przyczyny pewnie jedyną osobą, która w filmie pomaga rodzinie jest niepełnosprawna dziewczyna pracująca w supermarkecie.  Jej niepełnosprawność, inność, empatia i wrażliwość odróżnia ją od pełnosprawnego, zimnego, obojętnego społeczeństwa. Kore-eda krytykuje nowoczesne społeczeństwa i  przypomina ważne pytania o poczucie odpowiedzialności - tej rodzicielskiej, braterskiej, obywatelskiej, które we współczesnym świecie zupełnie straciły znaczenie.

 

 

Ta historia ma wielki melodramatyczny potencjał, ale w najmniejszy sposób o tani  melodramat się nie ociera. Scena, w której mała, przeszczęśliwa Yuki wychodzi z domu w dniu urodzin w piszczących sandałkach nie przyprawia o łzy, ale  porusza na tyle, że zapamiętamy ją na długo. Kore-eda genialnie buduje emocje w tym filmie. Przedstawia sceny, jakby były najnormalniejsze w świecie i widz dopiero po chwili łapie się na tym, że przecież to, co widzi normalne nie jest. Reżyser prowadzi opowieść w bardzo oszczędny, subtelny i wyważony sposób, nie posiłkuje się  tanimi zabiegi aby podkreślić dramatyzm tej historii.  Nie musi tego robić bo jego metoda działa jeszcze lepiej.

Nobody knows (w polskiej wersji Dziecięcy świat) to  jeden z najlepszych filmów, jakie widziałam w tym roku (nie jest to jednak film nowy - pochodzi sprzed 5 lat). Może jest trochę za długi, czasami jednak warto zwolnić nasz codzienny pęd. Takiemu artyście jak  Hirokazu Kore-eda zdecydowanie warto poświęcić swój czas.

 

 

czwartek, 02 grudnia 2010

 

 

Filmy nakręcone na podstawie powieści zawsze rozczarowują rozbieżnością  wyobrażeń czytelnika i wizji reżysera. Historie zostają pozbawione naszych ulubionych smaczków i ważnych dla nas wątków, aktorzy w niczym nie przypominają naszych bohaterów, wszystko zgrzyta i  denerwuje. Tego samego spodziewałam się po adaptacji ekranowej Samotności liczb pierwszych Paolo Giordano, ale mimo wszystko bardzo chciałam zobaczyć ten film ze względu na reżysera. Saverio Costanzo to młody włoski twórca, który przed Samotnością nakręcił zaledwie dwa filmy fabularne, ale już swoim pierwszym dziełem, bardzo intymną historią o palestyńskiej rodzinie zatytułowanym Private podbił moje serce. Jego spotkanie z prozą Paolo Giordano zaintrygowało mnie od chwili, kiedy o nim usłyszałam. Nic dziwnego więc, że jak tylko film pojawił się we wrześniu we włoskich kinach, ruszyłam na konfrontację.

Tym, którzy nie mieli okazji czytać powieści ani mojego wpisu o niej, śpieszę wyjaśnić, że książka to historia Mattii i Alice, którzy po traumach przeżytych w dzieciństwie wyrastają na wyalienowanych i zagubionych ludzi. Choć łączy ich wieloletnia przyjaźń, nie potrafią się do siebie zbliżyć. Przypominają liczby pierwsze, które choć bliskie sobie, nigdy nie spotkają się w jednym szeregu ramię w ramię.

Samotność liczb pierwszych to pierwsza adaptacja filmowa, która mnie nie rozczarowała. Owszem, jest zupełnie inna niż książka, inna niż wyobrażenia, jakie o niej miałam, ale nie zgrzyta.  Film  jest bardzo autorską interpretacją reżysera, który inteligentnie ingeruje w scenariusz (napisany wspólnie z autorem książki), zupełnie wywracając do góry nogami charakter i atmosferę tej historii. Powieść napisana jest bardzo minimalistycznym, precyzyjnym językiem, bije od niej chłód i melancholia. Film za to kipi  pop-rockową muzyką z lat 80,  zdecydowanymi, mrocznymi barwami, mocnymi emocjami. Miejscami manierą przypomina wręcz sentymentalny horror z muzyką, która sugeruje mrożące krew sceny (zerknijcie na zwiastun filmu). Ta formuła nieźle się sprawdza podkreślając dramatyczne przeżycia bohaterów, ale przede wszystkim kotłujące się w nich emocje, przeżyte upokorzenia i wyrzuty sumienia, które przez całe życie usiłują ukryć i zapomnieć. Ten kontrast wirującego,  głośnego świata i ich zagubionych, jakby zastygłych w czasie sylwetek, uderza przez cały film i zapada w pamięć.

Costanzo skupia się w filmie na cielesności bohaterów, która odzwierciedla ich wewnętrzne problemy. Podobnie jak w książce, Alice walczy z anoreksją (Alba Rohwacher, fenomenalna włoska aktorka, jest filmie naprawdę przerażająco wychudzona), podczas gdy Mattia, który w dzieciństwie kaleczył ciało nożem,  z wiekiem coraz bardziej przybiera na wadze (brak tego motywu w powieści).  Ten prosty zabieg pokazuje jak tych dwoje zamiast przybliżać się do siebie, coraz bardziej się od siebie oddala. Przede wszystkim jednak sugeruje, jak bardzo  oboje nienawidzą swojej powłoki, jak źle czują się w swojej skórze, nie akceptują siebie. Próbują uciec od samych siebie.

Film Costanzo to bardzo odważna konfrontacja z bestsellerową we Włoszech powieścią, konfrontacja, która większość widzów solidnie rozczarowała. Mnie ten obraz również miejscami irytował intensywnością,  zbyt głośną muzyką, pustymi dialogami, brakiem chronologii, swoistym chaosem i krzykliwością.  Ale przyznam, że ta adaptacja również zupełnie mnie zaskoczyła i zelektryzowała.  Zachwyciła mnie stroną wizualną. Zmiany w scenariuszu  przesunęły w tej historii akcenty, wydobywając dodatkową dramaturgię, przekaz powieści jednak się nie zmienił. Liczb pierwszych jest nieskończenie dużo.  Świadomość, że nie jesteśmy jedyni, wzmacnia, ale nie pomaga zbliżyć się do innych.

 

 

 

 

 

czwartek, 25 listopada 2010

Nasza wizyta w Rzymie zbiegła się z rozpoczęciem lokalnego festiwalu filmowego. Nie byłabym sobą, gdybym zajrzała  do programu pokazywanych filmów, po czym potrafiła odmówić sobie wieczoru w rzymskim Auditorium, gdzie stworzono festiwalowe miasteczko. Uwielbiam atmosferę festiwali filmowych, pełną oczekiwania ekscytację widzów i twórców tuż przed seansem, spontaniczne dyskusje przy kieliszku czerwonego wina po projekcji, tę witalną otoczkę, jaką takim imprezom zapewniają zakochani w kinie i sobie młodzi ludzie. Przebywanie w takich miejscach, zawsze daje mi dodatkową energię, którą wysysam niczym ekranowy wampir z niewinnych kinomaniaków.

Raczkująca dopiero, bo pięcioletnia, impreza zorganizowana została w Rzymie z wielką pompą, a ambicjami równa się czołowym festiwalom na świecie. Pierwszy raz byłam na tak  dużej imprezie, co okazało się, przyznam, ciekawym doświadczeniem. Filmy konkursowe były dość interesujące, ale  dodatkowo organizatorzy  świętowali pod egidą festiwalu wszystkie możliwe premiery, które zbiegły się w czasie z trwaniem imprezy. Najazd hollywoodzkich gwiazd przyciągał więc nie tylko miłośników kina ale i tabloidów. Śmiesznie było stać w tłumie otaczającym czerwony dywan i wsłuchiwać się w okrzyki zbieraczy autografów na widok poszczególnych osób wyskakujących z gracją z lśniących limuzyn: och, Orlando Bloom (akurat, jakiś włoski aktor...), o! Eva Mendez (aha, może dwa dni wcześniej). Jedynie, kiedy pojawił się Martin Scorsese, nie było wątpliwości, że to on. Ja sama najbardziej ucieszyłam się, kiedy w sali kinowej na projekcji swojego filmu pojawiła się osobiście Susanne Bier. O jej nowym filmie już pisałam, a później z satysfakcją zanotowałam, że In a better world zdobył na festiwalu nagrodę jury oraz  publiczności, co wróżyła owacja na stojąco, jaką na koniec seansu widzowie zgotowali  reżyserce i aktorom.

Festiwal, nad którym czuwa dobry duch Federico Felliniego,  w tym roku celebrował 50 urodziny La Dolce Vita. Nasz filmowy wieczór  nie mógł więc zakończyć się inaczej niż spacerem po pogrążonym we śnie Rzymie szlakiem Anity Ekberg i wizytą przy fontannie di Trevi. Kiedy tam dotarliśmy, pan sprzedający prażone kasztany szepnął nam w tajemnicy, że Marcello i Sylvia właśnie zniknęli za rogiem...

 

 

 

 

 

sobota, 06 listopada 2010

 

 

Z trzech filmów duńskiej reżyserki Susanne Bier, które miałam dotychczas okazję zobaczyć, wyłania się bardzo szczególna wizja świata. Świat Bier jest dychotomiczny, przedzielony wyraźnym rowem  ekonomicznym i kulturalnym, gdzie każdy brzeg  charakteryzuje się odmienną paletą kolorystyczną.  Bohaterowie poruszają się między dwoma przestrzeniami, usiłując znaleźć swoje miejsce. Są idealistami, którzy próbują naprawiać ten gorszy, w ich mniemaniu, świat, zapominając o usterkach we własnym życiu.  Najnowszy film reżyserki In a better world (Hævnen) po raz kolejny udowadnia, że lepszego świata nie ma - powierzchowne różnice nie zmieniają faktu, że ludzie potrafią cierpieć, kochać i być równie okrutni w każdym zakątku globu - w Azji,  Afryce czy Europie.

In a better world to historia dwóch duńskich rodzin, w których relacje są nie tylko napięte, ale też obarczone błędami i wyrzutami sumienia. Rodzice Eliasa są w separacji, ojciec jeździ regularnie do Afryki, gdzie pracuje w szpitalu dla uchodźców. Christian wraca do Danii wraz z ojcem po śmierci matki, która zmarła w Londynie. Losy obu rodzin splatają się i dodatkowo komplikują w momencie, gdy chłopcy zasiadają  w tej samej szkolnej ławie. Wkrótce Christian bierze w obronę Eliasa  grożąc jednemu z  ich agresywnych kolegów nożem. Chłopiec przekonany jest, iż jedyną słuszną reakcją na agresję jest kontratak. Jest pełen buntu i specyficznego poczucia sprawiedliwości, którym będzie próbował zarazić  spokojnego i wrażliwego Eliasa.


Christian z ojcem

 

Charakterystyczną i według mnie największą wartością kina Susanne Bier jest jego  społeczny  i moralny aspekt pokazywany na różnych płaszczyznach (rodzinnej, zawodowej, etnicznej). Bier często stawia swoich bohaterów i widzów przed dylematami. Nie szczędzi ich również w In a better world, którego jądrem stają się problemy agresji, okrucieństwa i zemsty, ale też litości, wyrozumiałości i przebaczenia. Nie pyta tylko jak reagować na fizyczną, nieuzasadnioną siłę, ale też czy i kiedy można jej użyć. Czy istnieją granice  litości i wyrozumiałości? Film aż kipi od skomplikowanych relacji między bohaterami,  które dodatkowo utrudniają znalezienie odpowiedzi i sprawiają, że ich problemy stają się bardzo relatywne. Im lepiej jednak ich poznajemy, tym bardziej ich reakcje i decyzje stają się dla nas zrozumiałe. 

I właściwie byłby to film wręcz doskonale skrojony i wyważony, gdyby nie  zbyt natrętne odpowiedzi, które podsuwa nam reżyserka w ostatnich scenach filmu. Zupełnie niepotrzebnie popada w demagogię i dosłowność, co niezbyt dobrze służy tej pięknej paraboli. Przyznam jednak, że film robi wrażenie swoją intensywnością i równoczesną prostotą przekazu, które zawierają się nie tylko w samej historii, ale także w muzyce i zdjęciach. W porównaniu z Tuż po weselu i Braćmi, dwoma filmami reżyserki, które widziałam wcześniej, In a better world, zdecydowanie trzyma poziom i jest kontynuacją pięknej odysei kinomatograficznej. W końcu jej bohaterowie po zawiłych podróżach zawsze wracają do domu.

 

Elias z matką

poniedziałek, 18 października 2010

Daniele Luchetti znany jest polskim widzom dzięki filmowi Mój brat jest jedynakiem, który jest obrazem bardzo spójnym, atrakcyjnym i dobrze zagranym, choć dalekim od szczytów kinomatografii. Najnowszy film włoskiego reżysera La nostra vita (Nasze życie) ambicjami zdecydowanie sięga wyższej półki i  muszę przyznać, że z małymi zastrzeżeniami właściwie się mu to udaje.

Największym atutem filmu jest realizm, z jakim zostają pokazane współczesne Włochy i ich przeciętni mieszkańcy, o co niezwykle trudno ostatnio we włoskim kinie. Tu nie ma zadęcia i luksusu jak w Jestem miłością Guadagnino ani bogatych fabrykantów z Mine Vaganti Ozpetka. Nie ma pięknych kamienic ani stylowo ubranych bohaterów. Pokazana rzeczywistość bliższa już jest obrazom z Gomorry Garrone (porównuję właśnie te trzy film bo znane są polskim widzom).  Główny bohater - Claudio należy do niższych warstw społecznych,  pracuje na budowie, gdzie zatrudnionych jest więcej imigrantów niż rodowitych Włochów. Mieszka wraz rodziną na przeciętnym blokowisku, jego sąsiadem jest handlarz narkotyków i jego ciemnoskóra towarzyszka. Wiedzie bardzo przeciętne życie wypełnione ciężką pracą, rodzinnym życiem, zakupami w supermarkecie i oczekiwaniem na narodziny trzeciego dziecka.

 

 

Życie głównego bohatera przybiera nieoczekiwany obrót, kiedy w czasie porodu umiera Elena - jego żona. Pozostawiony z trójką małych dzieci Claudio przypomina rozwścieczonego zwierza, który nie pozwala sobie na chwilę słabości. Jego żałoba pozbawiona jest łez i zadumy. Wypełniona jest za to wściekłym działaniem i pracą. Claudio za wszelką cenę usiłuje załatać pustkę w swoim życiu zarobionymi pieniędzmi, próbuje zastąpić dzieciom matkę przyjemnościami i zabawkami. To przez  to Claudio popada w tarapaty, zaczyna korzystać z nieczystych rozwiązań. Opętanie pieniędzmi staje się filmie swoistym oskarżeniem wobec włoskiego społeczeństwa. Rumuńska przyjaciółka Claudio mówi w pewnym momencie - Włosi to nic tylko pieniądze, pieniądze, pieniądze. Bogacenie się za wszelką cenę, ciemne interesy, łamanie prawa, emigracja, rasizm to wszystko jest w filmie Luchettiego, który opowiadając dramat przeciętnego Włocha, ukazuje bardzo prawdziwe oblicze Italii.

 

 

Pamiętam, że kiedy po raz pierwszy raz zobaczyłam zwiastun La nostra vita, pomyślałam, że to kolejny sentymentalny film o dzielnym ojcu, który zostaje sam. Luchettiemu dzięki bardzo surowemu potraktowaniu tematu udało się uniknąć banalnych schematów. Nie oznacza to, że nie ma tu mocnych, emocjonalnych scen czy humorystycznych sytuacji, a jednak ten film jest bardzo szorstki (na przykład właściwie zupełnie zostaje pominięte, jak na śmierć matki reagują dzieci).  Luchetti swoim najnowszym obrazem próbuje naśladować Kena Loacha, braci Dardenne czy choćby Andreę Arnold. Podobne, bardzo naturalne prowadzenie kamery, mało malownicze, quasi dokumentalne zdjęcia rzeczywiście przywołują na myśl ich filmy. Założenie obrazu zaangażowanego społecznie też się zgadza. Rzecz w tym, że Luchetti chyba nie czuł się do końca gotowy zrealizować film pozbawiony walorów komercyjnych i próbował go uprościć, uatrakcyjnić nadając mu pod koniec charakter moralitetu, co mnie ostatecznie trochę  zraziło.

 

 

Nasze życie warto zobaczyć również dla nietuzinkowego Elio Germano w roli Claudio. Rzadko piszę o aktorstwie bo zbyt często oglądam filmy dubbingowane, a przede wszystkim uważam, że obiektywnie można ocenić wyłącznie nieznanego sobie aktora i to grającego na żywo - w teatrze. A jednak Germano w swoich rolach jest tak sugestywny, że nie może pozostać niezauważony, szczególnie w filmach Luchettiego (grał również brata faszystę w Mój brat jest jedynakiem).  Ma takie aktorskie ADHD, nie może na chwilę ustać w filmie, co przy drobnej posturze i niepozornym wyglądzie robi wrażenie. I ten jego rzymski akcent...

Muzycznym tematem przewodnim filmu jest utwór Anima Fragile, jak by nie patrzeć, podstarzałego włoskiego rockmana, fenomenu, którego koncerty przez dwa wieczory z rzędu są w stanie szczelnie wypełnić mediolański stadion San Siro. Vasco Rossi jest symbolem i bohaterem  walczącej klasy średniej, który idealnie wpisuje się w życie bohaterów filmu i jego widzów. W nasze życie.

 
1 , 2 , 3 , 4 , 5