Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS

Sztuka

wtorek, 07 sierpnia 2012

 

Alex Webb. Mój guru fotografii. Kilka miesięcy temu zorganizował kilkudniowe warsztaty twórcze w Mediolanie, w galerii Spazio Forma, 20 minut spacerkiem od mojegu domu, tuż pod nosem. Warsztaty, które przegapiłam...

Podobnie jak Steve McCurry Webb to obieżyświat, jego zdjęcia pochodzą z odległych, fascynujących krajów. Haiti, Karaiby, Meksyk, Etiopia, Costa Rica, Brazylia, Rosja. Obaj tworzą fotografię nasyconą kolorami, przybliżają nam zwyczajnych ludzi, ich bohaterami często są dzieci, obaj uwieczniają prostą codzienność. A jednak nie ma dwóch fotografów o tak odmiennych stylistykach i technikach. Pewnie gdyby wysłać ich w to samo miejsce, przywieźliby zupełnie inne zdjęcia. 

Webb to fotografia spontaniczna, niedopracowana, chaotyczna, dynamiczna. Jego zdjęcia to nie idealne obrazki jak w przypadku McCurry'ego, ale niekontrolowany żywioł pełen bohaterów i przedmiotów. Każde zdjęcia Webba to niespodzianka, ukryta zagadka, którą trzeba studiować przez kilka minut. 

Ale jest jeszcze coś. Webb to nie tylko pełne akcji, socjologiczne reportaże z odległych miejsc. Jego zdjęcia mają też dla mnie niezwykły wyraz artystyczny. Zwróccie uwagę jak niesamowicie wykorzystuje światło i kolor w swoich zdjęciach. Cienie, ostre słońce, gra świateł latarni, tęcze. Webb posiłkuje się w swojej fotografii nie tylko możliwościami technicznymi aparatu czy zastanymi sytuacjami. On szuka szalonych, optycznych kompozycji, nie wystarczają mu bohaterowie, liczy się też gra kolorów, cieni, świateł. Każde zdjęcia wydaje się przypadkowe, niewymuszone, a niesie ze sobą całą gamę uczuć i skojrzeń...

 

 

 

Więcej zdjęć

Tagi: Alex Webb
22:51, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (14) »
środa, 11 kwietnia 2012

Przez jednych ostentacyjnie ignorowana, przez drugich spazmatycznie wielbiona, nie pozostawia nikogo obojętnym. Kuriozum artystyczne, kwintesencja kobiecości,  czarownica sztuki performance'u, tym razem Marina Abramović rzuciła urok na Mediolan. Jeszcze nie wpadłam w sidła jej najnowszego projektu, miałam za to okazję uczestniczyć w krótkim spotkaniu z udziałem artystki i zobaczyć film dokumentalny poświęcony retrospektywie jej twórczości, która dwa lata temu odbyła się w nowojorskiej MoMie. 

Film opowiada historię przygotowań do wystawy i dzień po dniu rejestruje jej przebieg. Oprócz odtworzonych wszystkich wcześniejszych projektów Abramović, które brutalnie i boleśnie zgłębiają temat cielesności (body art), dokument pokazuje od podszewki performance The Artist is Present.

Pomysł jest na pozór banalnie prosty. Stół, dwa krzesła. Na jednym siedzi Abramović, na drugim kto tylko chce (i odstał kilka/naście godzin w gigantycznej kolejce). Każdy ma dla siebie artystkę na kilka minut. Nie może się od niej odezwać, nie może jej dotknąć. Ale może na nią patrzeć, uśmiechnąć się i otrzymać to samo od niej. Na tych kilka minut ona koncentruje się wyłącznie na tobie, dostrzega tylko ciebie, istniejesz dla niej tylko ty.  Ludzie reagują bardzo różnie,  wielu podchodzi do tego spotkania bez słów niezwykle emocjonalnie. Ciekną łzy, puszczają nerwy,  twarze wyrażają wdzięczność, zachwyt, uniesienie...

 

I tak rodzą się pytania o kondycję współczesnego człowieka, o sens współczesnej sztuki...

Pytanie pierwsze. Dlaczego w dwudziestym pierwszym wieku tak ogromne emocje wywołuje coś tak prostego, pierwotnego jak spojrzenie drugiej osoby? Dlaczego w erze, gdzie nagość w sferze publicznej jest powszechna, gdzie swoboda seksualna jest synonimem nowoczesności krępuje nas proste spojrzenie w oczy? Dlaczego tak unikamy dłuższego kontaktu wzrokowego z innymi? Z iloma osobami dziennie wymieniamy pospieszne spojrzenia, ale tak naprawdę nigdy na siebie nie patrzymy? Jak często zdarza się nam spuścić wzrok rozmawiając z kimś? Boimy się siebie nawzajem? Pojedyncze spojrzenie może zadecydować o dalszych relacjach, może wyrazić coś, co chcielibyśmy zachować dla siebie, może sprowokować nieporozumienie. Nie chcemy aby inni wyczytali z naszej twarzy towarzyszące nam emocje, ale równocześnie też sami zamykamy się na innych. A równocześnie wszyscy  chcemy być zauważani, chcemy aby ktoś nam poświęcił chwilę uwagi, aby patrząc na nas dostrzegł nasze ja. Czy gigantyczny sukces tej wystawy bierze się z głodu, z naszej potrzeby uwagi, której nie zaspokaja  codzienność? A może sprawił to fakt, że ludzie poczuli się komfortowo siedząc na przeciw kogoś, kto bezinteresownie daruje im chwilę uwagi, równocześnie nie chcąc nic w zamian, nie naruszając ich otoczki bezpieczeństwa?

Pytanie drugie. A gdyby to był ktoś inny? Gdyby zwyczajna osoba usiadła sobie w parku i oferowała darmowe, szczere spojrzenie w oczy? Coś na kształt free hugs? Czy również tutaj ustawiałyby się kolejki? A może o sukcesie zadecydowała postać samej artystki, którą film wyraźnie kreuje na postać kultową. Patrząc na jej błogi, dobrotliwy wyraz twarzy przychodzą mi skojarzenia ze świętą, istotą uduchowioną, ale też z gwiazdą, która przyciąga uwagę samym nazwiskiem. I tu pojawia się...

Pytanie trzecie. Na ile ten performance to zwyczajne show artystycznej autokreacji, egoistyczna, tania celebracja własnego ja? W końcu sam tytuł performance'u wskazuje  jego główny temat - artystka, nic więcej. Rzadko mamy do czynienia  bezpośrednio z twórcami dzieł, które podziwiamy - obrazów, filmów, instalacji... Artysta zazwyczaj chowa się gdzieś za kulisami, a w projekcie Abramović jest obecny, jest w centrum uwagi, wystawia się na widok, oceny, zagrożenia. Czy artysta, który staje się sztuką, który sam uznaje się za własne dzieło, nie sięga niebezpiecznej granicy? To artystyczne dno czy artystyczny olimp?Ale też co takiego ma nam do zaoferowania dziś sztuka współczesna, która wydaje się desperacko szukać nowych tematów i form ekspresji, miota się między martwymi rekinami a dmuchanymi pudlami, pomiędzy agresywnością i  banałem. Postawić samego siebie w centrum wydaje się aktem najbardziej desperackim, ale trzeba przyznać nie pozbawionym sensu...

Mam proste kryteria, według których oceniam sztukę, filmy, książki. Cenię sobie najbardziej te, które wywołują u mnie emocje, ale przede wszystkim lawinę myśli. Ku mojemu własnemu zaskoczeniu, Marinie Abramović się to udało. Wybaczcie mi więc tę litanię nieskładnych myśli i pytań. To wszystko jej wina.

14:33, latajaca_pyza , Sztuka
Link Komentarze (16) »
niedziela, 11 grudnia 2011

Spośród wystaw, które widziałam w ostatnich tygodniach, ta poświęcona fotografiom Roberta Mapplethorpe'a interesowała mnie najmniej, ba, wybrałam się na nią głównie z nadmiaru wolnego czasu. A jednak to jego twórczość, a nie obrazy Cezanne'a czy instalacje Pipilotti Rist w starym mediolańskim kinie Manzoni poruszyły mnie najbardziej.



Robert Mapplethorpe, kolejny kuglarz z artystycznego światka Nowego Jorku lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych,  kółka wzajemnej adoracji i insipiracji epatującego głównie kiczem, swobodą seksualną i kreacyjną.  Tak początkowo miałam zaszufladkowanego Mapplethorpe'a oglądając jego polaroidowe autoportety pełne erotycznych gadżetów.



 

Z czarno-białych zdjęć powoli wyłania się portet nieodrodnego dziecka kultury pop poszukującego jednak doskonałych form, idealnych kompozycji, klasycznej prostoty i estetycznego minimalizmu. Portert artysty równocześnie wspólczesnego, świetnie wpisującego się w otaczajacy go świat i niewspółczesnego, hołdującemu klasycznej rzeźbie. No właśnie, Mapplethorpe widział fotografię jako współczesną formę rzeźby, szybszą w realizacji, choć niekoniecznie prostszą w osiąganiu oczekiwanego rezultatu. Niezależnie od tego, czy fotografował męskie ciało, kwiaty czy dzieci skupiał się na kompozycji, doskonałości formy i najdrobniejszych szczegółach. W niepowtarzalny sposób udawało się mu łączyć homoerotyzm graniczący z pornografią (o co często był oskarżany w Stanach Zjednoczonych) z czystością i klasyką form.



 

Wystawa w Mediolanie (galeria Spazio Forma) zgromadziła prawie 200 fotografii, w tym słynne portety Andy Warhola i Patty Smith. Przygotowana z dbałością o najmniejszy detal, prosta i minimalistyczna w formie idealnie oddaje duch twórczości Mapplethorpe'a. Bravi!

niedziela, 28 sierpnia 2011

Jest tak gorąco, że ciągle nie mam siły na dłuższy wpis o weneckim biennale czy o Sycylii. Pozostając jednak w urlopowej atmosferze, dzielę się z Wami zdjęciami z włoskich wakacji sprzed 60 lat, które na nowo przeglądałam dziś rano i które nie przestają mnie fascynować. 

Dwie Amerykanki samotnie podróżujące po Europie spotykają się we Florencji w 1953 roku. Fotografka Ruth Orkin i malarka Ninalee Craig. Młode, piękne, niezależne, fascynujące. Wpadają na pomysł aby zilustrować zdjęciami niecodzienne sytuacje, jakie przydarzają się im we Włoszech, pokazać Italię swoimi oczami - z punktu widzenia cudzoziemek, turystek, kobiet. Wychodzi fascynująca sesja zdjęciowa,  zapis czasów pełen nieupozowanego seksapilu i autoironicznego poczucia humoru. American Girl in Italy (pierwsza fotografia poniżej) staje się jednym z najsłynniejszym zdjęć ilustrujących Włochy lat pięćdziesiątych. A twarz Ninalee Craig na tej właśnie fotografii nie przestaje mnie fascynować, wyraża obojętność pomieszaną z pewnością siebie i poczuciem wyższości, które jednak bardziej niż odpychać, przyciągają. Wyższa szkoła seksapilu? 

 

 

 

Więcej zdjęć z sesji we Florencji na stronie poświęconej Ruth Orkin

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Anish Kapoor to taki artysta, o którym można czytać, ile się chce, można bez końca oglądać albumy ze zdjęciami jego prac, ale nie pojmie się wymiaru jego sztuki, dopóki nie stanie się z nią oko w oko. No właśnie, w dużym stopniu to dosłownie kwestia wymiarów, które, jak mówi sam artysta, są podstawowym narzędziem jego sztuki balansującej gdzieś między rzeźbą a architekturą. Gigantyczne konstrukcje przypominające kosmiczne statki, instrumenty muzyczne i nierealne przestrzenie wykonane z luster, pigmentów czy wosku to charakterystyczne punkty jego twórczości. Najczęściej umieszczane w przestrzeni publicznej funkcjonują jako odrealniona część rzeczywistości. Kapoor uwielbia takie paradoksy. Delektuje się dwuznacznością tworzonych przez siebie form i ich znaczeń.

Weźmy na przykład Dirty Corner, gigantyczną rzeźbę Kapoora pokazywaną właśnie w Mediolanie. Przypominająca kształtem trąbka jest długim korytarzem ciemności, w który powoli zanurzają się odwiedzający. Stopniowe przechodzenie z jasności do ciemności, pewności do niepewności, z szybkiego kroku, który z sekundy na sekundę staje się coraz wolniejszy, to zdecydowanie ciekawe doznanie. Już w tym samym osobliwym spacerze gnieździ się całe mnóstwo kontrastujących się dualności. Analizując formę rzeźby dostrzec można przeciwstawne formy o żeńskiej (wejście tunelu przypomina waginę) i męskiej ( faliczna forma trąbki) symbolice. Dirty Corner jest systematycznie przysypywany ziemią, co przynosi kolejne dualności: pełny/pusty, ciemność/jasność, widzialny/niewidzialny... 

 

 

Wystawa w Mediolanie oferuje świetny film dokumentalny o Kapoorze, który koniecznie trzeba obejrzeć, jeżeli chce się zrozumieć  jego twórczość. Sama naczytałam się też wywiadów z artystą próbując ogarnąć  jego widzenie sztuki.   Zachwyca mnie estetyka jego prac, fantazyjne i perfekcyjnie wykonane formy i ich umiejscowienie. Kapoor urzeka mnie jako wizjoner, zdecydowanie intryguje mnie jako artysta, stawia mi jako odbiorcy wyzwania, które mam ochotę podjąć. A to już osiągnięcie bo takich odczuć absolutnie nie budzą we mnie inni czołowi artyści. Jakoś zupełnie nie intryguje mnie, co chciał przekazać swoimi rzeźbami prosto z mangi Murakami czy Hirst pływającymi w formalinie rekinami (swoją drogą Kapoor otwarcie mówi, że według niego twórczości Hirsta nie można nazwać sztuką).

A jednak rzucone przez Kapoora wyzwanie pozostawia mnie bez odpowiedzi. Nie przekonuje, nie dociera do mnie, jego sztuka nie budzi we mnie tego dreszczyku emocji, którego szukam we sztuce współczesnej.  Być może to sztuka zbyt dla mnie intelektualna, bardziej jednak skłaniam się do pozbawionej sarkazmu opinii, że to sztuka dla mnie zbyt koncepcyjna. Nie odmawiam Kapoorowi bycia artystą wielkiego kalibru (w dosłownym tego słowa znaczeniu), ale sama jego sztukę widzę jednak przede wszystkim jako utylitarną, pozbawioną celów wyższych niż upiększanie przestrzeni. W końcu wszystko jest kwestią interpretacji. Niektóre interpretacje jednak przerastają swoje fizyczne formy.

środa, 22 czerwca 2011

Po dwóch latach wróciłam na weneckie biennale sztuki z tym samym entuzjazmem i ogromnymi oczekiwaniami co poprzednio. I choć atmosfera tego wydarzenia ciągle jest niepowtarzalna, a Wenecja to najbardziej niezwykłe miasto na świecie, tym razem było inaczej. Główne pytanie, jakie sobie zadawałam w ciągu tego weekendu, brzmiało co się zmieniło? Ja, moje spojrzenie na sztukę współczesną, sama sztuka? Dojrzałam artystycznie, stałam się bardziej wymagająca, czy może sztuka poszła nową, niezrozumiałą jeszcze dla mnie drogą? A może po prostu po pierwszym razie pełnym zachwytu, stałam się bardziej selektywna i krytyczna?

Na ścianie rumuńskiego pawilonu w Giardini przewrotnie wypisano powody, dla których nie powinnyśmy na biennale się zjawić: Venice biennale is a choking-on-money mercantilist fossil, Venice biennale = showroom of western hegemony, to keep off who's hot & who's not, tourist menu sucks, to make art the way we feel it, without considering its potential to succeed... Przyznam, że po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać nad negatywnymi stronami tej imprezy.  Na przykład masowość biennale - jaki sens ma nagromadzenie takiej ilości sztuki w jednym miejscu. Nie sposób zobaczyć wszystkiego, kolejne instalacje ogląda się w biegu, szybko traci się koncentrację. Albo hierarchiczność - skupiając się na głównych punktach biennale, jakimi są Giardini i Arsenale, po raz kolejny uciekły mi pewnie równie interesujące, ale rozsiane po całej Wenecji projekty mniej ważnych artystycznie krajów. W tym roku wyjątkowo przeszkadzał mi też podział na pawiliony narodowe, podkreślony dodatkowo przez temat przewodni biennale Ilumi-Nacje (Illuminazioni).  Koncept narodów nijak się ma do sztuki, co według mnie to biennale pokazało. Ba, równie dziwna wydała się mi obecna od zawsze forma konkursowa - jakby sztukę współczesną można było zmierzyć i porównać. 

To wszytko byłoby jednak zupełnie do przełknięcia, gdyby nie same prace prezentowane w Wenecji. Przede wszystkim za dużo filmów, które często były i półgodzinnymi profesjonalnymi produkcjami czy dokumentami nadającymi się bardziej na biennale filmu niż sztuki. Zbyt mało sztuki, która nawet jeżeli pozostawała dla mnie nie do końca zrozumiała, dawała satysfakcję estetyczną dzięki ciekawym kompozycjom, formie, fakturze, kolorom, grafice. Choćby dlatego zrobiłam niewiele zdjęć. W tym roku zabrakło właściwie też mojego ulubionego trendu - sztuki, która angażuje widza, która wychodzi poza kontekst, nadaje nowe znaczenie dobrze nam znanej rzeczywistości. Zamiast tego widziałam sporo prac koncepcyjnych, które było dla mnie zupełnie niezrozumiałe, a co gorsze na tyle nieatrakcyjne, że nie miałam nawet ochoty wysilać się aby je rozszyfrować. Najbardziej zdumiewający okazał się włoski pawilon, który w tym roku okazał się gniazdem chaosu i kiczu. Teoretycznie Vittorio Sgarbi wpadł na fantastyczny pomysł zapraszając ponad 200 znanych postaci świata sztuki, literatury, filmu i telewizji (między innymi Dario Fo, Giuseppe Tornatore, Ferzana Ozpetka, Hanifa Kureishi, Oliviero Toscani, Tahara Ben Jellouna) do wybrania artystów i skomentowania przygotowanych przez nich prac. Ilość ekspozycji była jednak przytłaczająca, wiele z nich zbyt dosłownie potraktowało temat przewodni biennale, który we włoskim pawilonie łaczył się z 150 rocznicą zjednoczenia Italii. A juz zupełnym nieporozumieniem było dla mnie Muzeum Mafii - pozbawione artystycznej interpretacji było po prostu... muzeum.

Tyle mojej krytyki, która bynajmniej nie oznacza, że nie było projektów, które mnie nie zaskoczyły i nie zaintrygowały. Było ich po prostu mniej. Nie oznacza ona również, że się do biennale zraziłam. Być może wrócę jeszcze jesienią do Wenecji. Oznacza ona, że nabrałam dystansu do prezentowanych na biennale prac,  że znowu nauczyłam się czegoś nowego o sztuce współczesnej i o sobie. A to wcale nie mało. 

 

Wejście do głównego pawilonu w weneckich Giardini. Gołębie na na gzymsie to część instalacji Maurizo Cattelana. 

środa, 27 kwietnia 2011

Eklektyzm tego obrazu nie przestaje mnie intrygować. Na pierwszy rzut oka jesteśmy w paryskiej kawiarence, ale już po dłuższej chwili przyglądania się tej niemej scenie nasze wstępne wrażenie burzą orientalne lampiony i grafitowe tło, które przywołuje skojarzenia z morzem. Jeszcze większe zamieszanie tworzą sami bohaterowie, którzy wydają się najbardziej niedorzeczną grupą zebraną na jednym płótnie w całej historii malarstwa.  Nie ma tu centralnej figury, właściwie od nas zależy, której z postaci nadamy największe znaczenie. Ja ostatnio skupiam się na  mężczyźnie przebranym za klauna. Sprawia wrażenie twardego, chłodnego, ale też zobojętniałego na otoczenie. Jakby był zniechęcony, znieczulony ciągłym noszeniem dodatkowej maski w społeczeństwie, w którym każdy przecież odgrywa jakąś rolę. Współistnienie tak różnych bohaterów na tym samym obrazie mimo wszystko nie kłóci się, nie krzyczy. Z obrazu płynie harmonia obleczona melancholią, samotnością i zadumą. I chyba właśnie to mnie w nim najbardziej pociąga.

Le Soir Bleu od dawna należy do moich ulubionych dzieł, jakiś już czas temu  miałam nawet okazję go kontemplować na wystawie prac  Hoppera w Mediolanie. Ale  właśnie ostatnio często wracam do niego myślami, dobrze wpasowuje się w towarzyszący mi nastrój.

A Wy? Macie ulubione prace, do których wracacie, które są dla Was ważne, które w jakiś sposób Was odzwierciedlają?

 

środa, 12 stycznia 2011

Było już po zachodzie słońca, siąpił drobny, uparty deszcz, przez piazzetta di Palazzo Reale ciągnęła się kilkusetmetrowa kolejka kolorowych parasoli czekających na wejście na wystawę  dzieł Salvadora Dalì. Obeszłam ją z ulgą, wchodząc bocznym wejściem do pustych, ciepłych, czerwonych pomieszczeń, które goszczą retrospektywę prac Mikalojusa Konstantinasa Čiurlionisa.

Čiurlionis to prawdopodobnie najwybitniejszy artysta pochodzenia litewskiego przełomu XIX i XX wieku. Jego pracami inspirowali się Kandinsky i Rothko. Określa się go jako przedstawiciela symbolizmu i prekursora abstrakcjonizmu. Najbardziej intrygująca w jego twórczości jest oniryczność światów, które maluje. Mgły, chmury, przeźroczystości, momenty przejścia nocy w dzień, pastelowa kolorystyka to charakterystyczne elementy jego obrazów. To przenikanie się światów wychodzi jednak poza samą technikę malowania. Rozprzestrzenia się na ogólne pojęcie sztuki. Według Čiurlionisa nie ma granic pomiędzy sztukami. Muzyka łączy poezję i malarstwo, ma swoją architektonikę. Malarstwo może posiadać także takąż architektonikę jak muzyka i w farbach wyrażać dźwięki.

Artysta urodził się jako cudowne dziecko... muzyki. W wieku trzech lat potrafił już grać ze słuchu, a rok później czytać nuty. Skończył warszawskie konserwatorium, stworzył ponad dwieście utworów muzycznych. Potrzeba nowej formy ekspresji przyszła przed trzydziestką, kiedy zaczął naukę rysunku i malarstwa. W czasie studiów zainteresował się ezoteryką i astrologią. I ciągle zajmował się muzyką. Te wszystkie pasje znalazły swoje ucieleśnienie w jego twórczości.  Muzyka Čiurlionisa była pełna poezji, malarstwo pełne muzyki i mistyki. Dla swoich obrazów często zapożyczał muzyczne nazewnictwo. Namalował wiele sonat, preludiów, symfonii. Jego obrazy to cykle muzyczne, astrologiczne, biblijne. Wszystkie żyjące gdzieś na granicy gatunków sztuki, na granicy snu i rzeczywistości, magiczne,  tajemnicze, eklektyczne. Dokładnie takie jak ich autor.

Kiedy wychodziłam z wystawy, wężyk kolorowych parasoli był krótszy. Deszcz jednak ciągle siąpił. Na chodniku z kostek brukowych lśniły kałuże oświetlane słabym światłem latarni.  Odbijały się w nich stłumione zmierzchem kolory parasoli i plakatów. W jednej kałuży swojego wąsa  skubał Dalì, w drugiej skrzydłami delikatnie ruszał anioł Čiurlionisa. Ciekawe, dokąd doleciałby, gdyby litewski artysta nie zmarł w wieku 35 lat. Jakie światy próbowałby jeszcze odkryć, dokąd zawędrowałaby jego sztuka?

 

Cmentarz litewski

 

Stworzenie świata

 

 

Adoracja słońca

 

Anioły (Raj)

 

Sonata nr 3 Andante

 

Preludium Anioła

poniedziałek, 11 października 2010

Maurizio Cattelan jest artystą demonicznym i nieustannie wściekłym. W ciągu swojej trzydziestuletniej kariery zalazł za skórę już chyba wszystkim: katolikom, krytykom sztuki, Żydom, a ostatnio również mediolańczykom. Artysta nie zna żadnego sacrum, nie istnieją dla niego granice, które bałby się przekroczyć w imię sztuki. Jego dzieła drażnią, oburzają, obrażają, ale też  zaganiają w kąt,  obnażają hipokryzję, uprzedzenia i stereotypy, zmuszają do zadawania sobie niewygodnych pytań i prowokują dyskusje. Cattelan sprawia, że sztuka wchodzi między ludzi, że wychodzi poza zdobione ramy pięknych obrazów w salonach. Modlący się Hitler, dzieci powieszone w centrum Mediolanu, martwy koń z napisem INRI czy fikcyjne VI Karaibskie Biennale, na które ściągnął krytyków z całego świata, a na którym nie było ani jednego dzieła, nikogo nie pozostawiły obojętnym.

 

 

Latem buchnęła wiadomość, że Cattelan doczeka się wreszcie pierwszej wielkiej retrospektywy swoich prac w Mediolanie, który obok Nowego Jorku jest jego głównym warsztatem.  Nie lada gratka dla miłośników sztuki współczesnej, sama widziałam jedynie jego dwie instalacje w Punta della Dogana w Wenecji. Mówiło się, że wrócą powieszone dzieci, które zniknęły z Piazza 24 Maggio po jednym dniu, że pojawi się klęczący Hitler, w sumie dziesięć najsłynniejszych dzieł. Ale władze miasta rozpoczęły przepychanki. Planowano referendum wśród żydowskiej społeczności, skreślono z listy dzieci, Hitlera i martwego konia z napisem INRI. Do dyskusji włączyła się mediolańska giełda i katolicka kuria. Wystawę próbowano ewidentnie zablokować. Sam Cattelan mówi, że gdyby nie wmieszała się w to wszystko prasa, która śledziła decyzje władz miasta, wystawa zostałaby zamieciona pod dywan, a plotki na jej temat szybko wyciszone.

Retrospektywa w końcu ruszyła: z trzema dziełami w Palazzo Reale i jednym na przeciwko mediolańskiej giełdy. Potrwa jednak zaledwie miesiąc, otwarta jest tylko kilka godzin dziennie, nie ma  własnej strony internetowej, nie widziałam ani jednego plakatu ją reklamującego. W tym samym Palazzo Reale, w którym eksponowane są prace Cattelana, odbywa się również wystawa dzieł Salvadora Dalì. Po bilety na hiszpańskiego artystę stoi stumetrowa kolejka, na wejście na Cattelana czeka kilka osób. Mediolańczycy zupełnie zbojkotowali rodzimego prowokatora albo po prostu zadziałała milcząca kampania władz miasta.

W ten jednak sposób wystawa Cattelana zyskała nowy wymiar, w którym należy zadać sobie pytanie, na ile władza może ingerować w sztukę. Czy to, co się stało, jest formą bezpardonowej cenzury czy rzeczywistym szacunkiem dla grup społecznych, które mogłyby się poczuć urażone pracami włoskiego artysty? Czy w sztuce powinny istnieć tematy tabu? Osobiście nie widzę nic obraźliwego w figurze klęczącego Hitlera czy powalonego meteorytem papieża. Wymowa tych dzieł jest raczej pozytywna, ale trzeba posilić się o ich głębszą interpetację, a nie z góry zakładać, że publiczne postaci, które miały wpływ na dzieje świata, są nietykalne.

 

 

No właśnie, największą siłą instalacji Cattelana jest mnogość interpretacji, jakie dają w zależności od kontekstu, w którym się znajdują. Nie potrzebują one tytułów, ich uniwersalność sprawia, że ich wymowa ciągle się zmienia w zależności od otoczenia. Rzeźba stojąca na piazza Affari w świetle tytułu wystawy  Contro le ideologie (Przeciw ideologiom) staje się ręką ułożoną w faszystowskim geście, ręką pozbawioną jednak czterech palców, symbolem obezwładnionej na zawsze dyktatury.  Tylko ten pojedynczy palec prowokująco i złowieszczo sugeruje, że coś z faszyzmu jednak  we włoskim społeczeństwie się ostało. Jeżeli spojrzymy na rękę jeszcz raz, może od drugiej strony, dojrzymy wulgarny gest skierowany w kierunku miasta i jego mieszkańców. Jeżeli weźmiemy pod uwagę miejsce, w którym się znajduje - plac przed mediolańską giełdą, centrum interesów i finansów, dostrzeżemy kolejną symbolikę. A przewrotny tytuł rzeźby L.O.V.E. ? Cattelan zaoferował się podarować ją miastu w wyrazie swojej miłości (albo nienawiści). Czyż sztuka współczesna nie jest fascynująca?

 

 

Trzy pozostałe prace pokazywane w Palazzo Reale to kobieta ukrzyżowana na łożu cierpienia (Untitled, 2007), chłopiec jak z horroru grający na bębenku (Untitled, 2003) i słynna figura Jana Pawła II powalonego przez meteoryt (Dziewiąta godzina, 1999). Choć osobno każda z tych instalacji jest źródłem niezależnych interpretacji, w tym przypadkowym zestawieniu  trzy dzieła niespodziewanie tworzą rodzinę. To rodzina przygnieciona cierpieniem i samotnością. Matka poświęca się za syna i umiera na łóżku przygwożdżona do niego jak do krzyża. Ojciec ugina się pod ciężarem, którego nie może już znieść, całą nadzieję pokładając w wierze. A syn umieszczony wysoko nad ojcem i matką, samotny, odcięty od rzeczywistości, komunikuje się ze światem jedynie poprzez rytmiczne uderzanie w bębenek. Cattelan w wywiadzie dla Corriere della Sera powiedział, że nie zrezygnował z organizacji retrospektywy tylko dlatego, że warto było pokazać te prace nowym kontekście, którego sam by nie wymyślił, nawet za cenę upokorzenia. Dość nieoczekiwanie artysta wyznał również, że ten  trójkąt odzwierciedla jego własną, dysfunkcyjną rodzinę.

 

 

 

Przyznam, że dopiero kiedy na własne oczy zobaczyłam figurę przewróconego papieża, którą wcześniej znałam z dziesiątek reprodukcji, zrozumiałam, dlaczego budzi tak skrajne emocje. Figury Cattelana (w tym również ukrzyżowana kobieta) są tak realistyczne, że kiedy się na nie patrzy, po plecach przechodzą emocjonalne ciarki. Te instalacje przykłuwają wzrok, który szaleńczo próbuje się uwolnić od paraliżującego widoku. Hipnotyzują. Szczególnie jeżeli pokazywane są w takich wnętrzach jak sala Cariatidi, o której już kiedyś pisałam przy okazji instalacji Petera Greenawaya. Zniszczona w czasie bombardowań w 1943 roku i ciągle jeszcze nieodnowiona komnata Palazzo Reale potęguje demoniczne wrażenie, jakie sprawiają prace Cattelana. Gdyby w jednym miejscu zgromadzono ich więcej, nie wiem, co mogłoby się stać...

sobota, 10 lipca 2010

Na wystawę Paul'a McCarthy'ego Pig Island dotarłam dosłownie kilka godzin przed jej zamknięciem. Ociągałam się do ostatniej chwili ponieważ to, co o niej słyszałam, było mało zachęcające. Owszem, były to superlatywy, ale opis wystawy sugerował, że to nie moje gusty estetyczne. Pojawiłam się w końcu ponieważ bardzo cenię sobie kuratorów Fondazione Nicola Trussardi, którzy mają wprawne oko i siódmy zmysł artystyczny. Liczyłam, że mimo wszystko coś zaiskrzy. Tym razem jednak nawet oni mnie nie przekonali.

Paul McCarthy  zasłynął niekonwencjonalnymi sposobami wyrazu artystycznego. Zaczynając od tradycyjnego malarstwa w latach 70, szybko odkrył swój kontrowersyjny styl. Tony ketchupu, wymioty, wsadzanie sobie lalki Barbie do tyłka, taplanie się w surowym mięsie i majonezie to znaki charakterystyczne Amerykanina, który, swoją drogą, wychował się w mormońskiej rodzinie. Te szokujące i żenujące błazenady mają na celu stawianie siebie i widzów w sytuacjach ekstremalnych, poznawania ich reakcji i ograniczeń. Happeningi McCarthy'ego kończą się często dopiero, kiedy albo on, albo jego widzowie po prostu juz nie mogą.

Wystawa Pig Island prezentowana przez miesiąc w Mediolanie reklamowana była jako swoista wyspa groteski, orgiastyczne piekło i totalne bagno w jednym. To komentarz McCarthy'ego do naszej fastfoodowej rzeczywistości, w której króluje bezrefleksyny konsumpcjonizm,  obsesyjna wulgarność, zachłanność i brak wartości. Wyspa McCarthy'ego pokazuje polityczną groteskę, gdzie Bush kopuluje ze świniami. Mamy też filmy pełne spitych piratów, tranwestytów i klaunów, którzy biorą udział w orgii na statku. Piją swój mocz, robierają się, babrają w ketchupie i Bóg wie czym...

Nie odbieram racji zamysłowi artystycznemu McCarthy'ego. Bardzo ciekawy,  potrzebny. Forma realizacji projektu jest jednak żenująco kiepka, mało pomysłowa i oryginalna. I nie chodzi tu tylko o moje gusty estetyczne. Figura gipsowa z Bushem czy zdesperowaną Paulą Jones (na ostatnim zdjęciu) są naprawdę dobre!  Ale już orgiastyczne filmiki, penisy na krzesłach  czy nadmuchiwane balony w kształcie gigantycznej butelki ketchupu są po prostu nudne i banalne. Mam wrażenie, że  wystawa została potraktowana zbyt minimalistycznie,  zabrakło dopracowania i pomysłów zarówno ze strony artysty jak i kuratorów. Naprawdę chciałam wejść do piekła McCarthy'ego, zobaczyć miniaturę absurdalnego świata, w który mieszkam, poczuć smród siarki i bagna. Niestety, od wystawy zalatywało tylko wielką nudą i rozczarowaniem.

 

 

 
1 , 2 , 3