Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS

Italia

niedziela, 12 lutego 2012

Początkowo Mediolan wydawał się mi pozbawiony włoskiej duszy, za którą tak wielu obcokrajowców kocha Italię. Równocześnie drażniła mnie jego udawana europejskość, podkreślanie swojej światowości, której brak zawsze obnażały typowe włoskie przyzwyczajenia. Długo nie umieliśmy się dogadać. Dopiero po kilku latach zaczęłam doceniać szczególny charakter tego miasta. Jest włoskie i światowe w idealnych teraz dla mnie proporcjach, a co ważniejsze, to miasto ambitne, które stawia sobie konkretne cele i je konsekwentnie realizuje. I fajnie być tego świadkiem każdego dnia, kibicować planom i na własne oczy dostrzegać zmiany. Szczególnie od kiedy burmistrzem został Giuliano Pisapia (pisałam o tym w czerwcu).  Pierwsze z brzegu przykłady: w styczniu rozszerzono strefę ograniczonego ruchu i właściwie z dnia na dzień ruch w centrum miasta zmniejszył się o 40%, a od lutego ma się pojawić 1200 bezpłatnych punktów wi-fi. 

Mediolan to nie jest najłatwiejsze miasto do mieszkania, daleko mu ciągle  chociażby do geograficznie bliskiego Zurichu, ale prze ciągle do przodu. Rozbudowywana jest linia metra (która według mnie i tak jest już dobrze rozwinięta), od kilku lat istnieje sieć bike sharingu BikeMi, doskonale funkcjonują dwa pobliskie lotniska. To włoskie centrum mody (za tydzień rusza Milano Fashion Week), designu (najważniejsze wydarzenia Salone del Mobile i Fuori Salone odbywa się zawsze wczesną wiosną),  oczywiście piłki nożnej (AC Milan jest na szczycie klasyfikacji Serie A) i muzyki (Hasło La Scala mówi wszystko!). Mediolan to miasto Leonardo da Vinci, który właśnie tutaj namalował Ostatnią Wieczerzę (pamiętajcie, że jeżeli chcecie ją zobaczyć odwiedzając Milano, musicie zamówić bilety z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem), ale niestety i Silvio Berlusconiego.

O Mediolanie często wspominam w swoich postach, ale chyba nigdy jeszcze to miasto nie było głównym bohaterem wpisu. Dziś trochę przypadkowa lista rzeczy, za które Milano lubię. W przyszłości może wpisy lepiej skategoryzowane o lokalnej kuchni, ciekawostkach turystycznych, zakupach i sztuce.

 

Luini Legendarna już piekarnia serwująca najlepsze w Mediolanie panzerotti nadziewane rozpływającą się w ustach mozzarellą i sosem pomidorowym. Niech was nie zniechęci długaśna kolejka przed wejściem, posuwa się szybko, a naprawdę warto poświęcić tych kilka minut aby na chwilę znaleźć się w kulinarnym niebie.

Gdzie? tuż przy Duomo, via S. Radegonda 16

 

Cioccolati Italiani Po solidnym posiłku każdy szanujący się Włoch musi spożyć porządne espresso. A jeżeli właśnie jesteście przy Luini, to macie szczęście, bo na przeciwko niedawno otwarto nową filię fantastycznej sieci Cioccolati Italiani (posiadają 3 lokale, w tym dwa w Mediolanie), która sprawi, że zrozumiecie, dlaczego Włosi uważają się za kulinarnych geniuszy. Espresso z gorącą czekoladą i orzechami laskowymi czy różane lody z płatkami białej czekolady mówią wszystko.

Gdzie? przy Duomo, via San Raffaele 6, albo w pobliżu Colonne di San Lorenzo, via De Amicis 25. 

 

Triennale Muzeum designu, w którym zawsze odbywa się kilka wystaw, a do tego fantastyczna księgarnia pełna książek o architekturze i sztuce. W ciągu dnia warto też posilić się w tutejszej kawiarni, której wystrój jak i podawane dania idą w parze z konceptem muzeum. A latem koniecznie zatrzymajcie się na aperitivo w ogrodzie na tyłach muzeum, wśród zieleni Parco Sempione, wszystko wysmakowane estetycznie, ale pozbawione snobizmu.

Gdzie? tuż przy Castello i Parco Sempione, viale Alemagna 6

 

Lo Spritz Jeżeli już zdecydowaliście się na aperitivo, zamówcie koniecznie lo Spritz, koktail charakterystyczny dla północnych Włoch, molto milanese. Ile barów, tyle jego wersji, ale najlepszy to ten na bazie prosecco z dodatkiem Aperolu lub Campari i odrobiny wody sodowej.  

Gdzie? w każdym barze, nawet jeżeli nie znajduje się w menu!

 

Pomarańczowe tramwaje Po Mediolanie krąży kilka typów tramwajów, ale najfajniejsze są te najstarsze (na przykład numer 2, którym codziennie dojeżdżam do pracy). Do złudzenia przypominają te z Lizbony, mają często tylko dwie ławy ustawione wzdłuż długości tramwaju i okropnie hałasują. Ciekawostką jest tram ATMosfera, który jest jeżdżącą najbardziej widokową trasą... restauracją.

Gdzie? Wszędzie, na przykład spod Duomo możecie złapać "14" aby dojechać w okolice Colonne di San Lorenzo i Naviglio Grande


Okolice Naviglio Grande  Mediolan to nie Amsterdam, ale swoje kanały, po których swego czasu odbywała się  żegluga, ma. Najpięknieszy to fragment Naviglio Grande, wzdłuż którego powstało moje ulubione miejsce w Mediolanie pełne restauracji (włoskich, tylko włoskich), barów, antykwariatów, sklepów vintage. W podwórkach ukryte są sklepiki młodych projektantów i warsztaty mediolańskich malarzy. Tłoczno tu tylko wieczorami i w czasie targu staroci, który odbywa się raz w miesiącu. Zazwyczaj to cudownie spokojne miejsce, które funduje gratis przepiękne zachody słońca. A wzdłuż kanału można jechać i jechać, hen za miasto.

Gdzie? Okolice Porta Genova (zielona linia metra)

 

Libraccio Sieć anykwariatów (mój ulubiony znajduje się właśnie wzdłuż Naviglio), gdzie co jakiś czas udaje się mi wyłowić fantastyczne perełki w postaci albumów fotografii czy malarstwa. Tu często znajduję też pięknie wydane książki dla dzieci, które, jak zdałam sobie  niedawno sprawę, kolekcjonuję.

Gdzie? Na przykład róg via Corsico i Alzaia di Naviglio Grande

 

Uświadamiam sobie właśnie, że właściwie nie mam zdjęć Mediolanu. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby robić zdjęcia... w domu. Ale to się zmieni. Do następnego wpisu! 

15:01, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (34) »
sobota, 11 czerwca 2011

Dobre wieści, coś się zmienia we włoskiej polityce! Dwa tygodnie temu w wyborach samorządowych partia Berlusconiego poniosła pierwszą klęskę. Poprzedziła ją bezpardonowa batalia ideologiczna, która w ostatnich dniach przed drugą turą wyborów przybrała wręcz formę niekończącej się parodii. Wszystko przez strategię strachu jaką przybrała partia prawicowa strasząc mediolańczyków między innymi zalewem komunistów, imigrantów, muzułmanów i meczetów. Szalały serwisy społecznościowe, dyskusje na Facebooku osiągały po 50 komentarzy.  Na Twitterze ktoś zadał Letizii Moratti (dotyczasowej burmistrz Mediolanu z partii Berlusconiego) niewinne pytanie o plany budowy meczetu w dzielnicy Sucate przy via Puppa. W odpowiedzi jej sztab kategorycznie skrytykował tę inicjatywę. Rzecz w tym, że dzielnica Sucate ani via Puppa, nie mówiąc nawet o planach budowy meczetu nie istnieją! Była to czysta prowokacja przeciwnika Moratti, który w oryginalny sposób nie tylko podważył kompetencje urzędników, ale też ostro nabił ich w butelkę (sucate w slangu to dość niecenzuralny czasownik). Oczywiście już na drugi dzień internet zaroił się zdjęciami z wyimaginowanej dzielnicy Sucate, ba, powstał nawet przewodnik Lonely Planet!

Dzień, w którym ogłoszono wyniki, w Mediolanie oddychało się nową, lepszą atmosferą, festa przy Duomo trwała do północy, a po placu przechadzał się kolejny kpiarz z napisem Grazie Allah!  Na drugi dzień wszędzie pojawiły się pomarańczowe plakaty nowego burmistrza Giuliano Pisapii z napisem Milano Buon Giorno. Oby rzeczywiście był to początek nowych lepszych dni.

 

 Giuliano Pisapia - nowy burmistrz Mediolanu

 

W niedzielę Włosi stają do kolejnej batalii. Tym razem odbywa się narodowe referendum, które porusza trzy niezwykle ważne kwestie: prywatyzację wody pitnej, plany budowy elektrowni jądrowych oraz prawo polityków do niestawianiu się na procesach sądowych ze względu na obowiązki służbowe. Choć w moim otoczeniu właściwie nie mówi się o niczym innym, w środkach masowego przekazu panuje zmowa milczenia. Berlusconiemu, który kontroluje zarówno media publiczne (z racji urzędu) jak i prywatne (jest ich właścicielem), na rękę jest aby Włosi w referendum udziału nie  brali. Nawet jeżeli wyrażą sprzeciw przeciwko planowanym ustawom prywatyzacji wody czy budowy elektrowni, ale nie zagłosuje 51% społeczeństwa, wyniki nie będą prawomocne. Berlusconi zamiast przekonywać do swoich racji i ryzykować przegraną, po prostu siedzi po cichu.

Wśród moich znajomych mobilizacja do pójścia na referendum jest ogromna, w poniedziałek  okaże się, czy wystarczyła. Sama niezmiernie ubolewam nad faktem, że nie mogę głosować. Mieszkając od dobrych kilku lat we Włoszech, podlegając tutejszemu systemowi prawnemu, płacąc podatki jak wszyscy, chciałabym współdecydować o dotyczących również mnie kwestiach. Poważnie rozważam możliwość (już mi przysługującą) wystąpienia o obywatelstwo włoskie. Ciągle jeszcze jednak  nie podjęłam ostatecznej decyzji. Rozważaliście kiedyś podobną możliwość?

Trzymajcie kciuki za referendum!

Update1: Do 22.00 w niedzielę frekwencja wyniosła 41%. Głosowanie trwa do 15.00 w poniedziałek.

Update2: Pierwsze informacje po zamknięciu urn: frekwencja wyniosła 55%, czyli referendum jest ważne!

Update3: Kolejne projekty ustaw obalone 90% głosów. Buon giorno Italia!

wtorek, 15 lutego 2011

O absurdalnej sytuacji politycznej i społecznej we Włoszech pisałam już niejednokrotnie. Seksistowska telewizja, reklamy pełne golizny,  premier otoczony haremem niepełnoletnich prostytutek i byłych miss noszących teki ministrów.  Jeżeli nie czytaliście o tym u mnie, to na pewno dotarły do was wiadomości z ostatnich tygodni. W każdym innym kraju takie hece już dawno skończyłyby się bolesnym upadkiem szefa rządu i nowymi wyborami. Wszędzie, tylko nie we Włoszech. Mój znajomy żartuje, że Berlusconi zabawiał się z wnuczką Mubaraka, ale do do misji wcześniej podał się ten drugi.

To, co od tak dawna krytykowałam na blogu, w końcu dotarło i do powszechnej świadomości włoskich kobiet. Kobiet, które są wykształcone, które pracują i zajmują się rodziną, kobiet, które chcą być szanowane za to, kim są, a nie za to, jak wyglądają.  W niedzielę Włoszki wyszły na place i ulice aby zamanifestować swój sprzeciw przeciwko seksualnej polityce partii Berlusconiego. Były nas tysiące, wszystkie z białymi szalikami na szyjach, studentki, matki, emerytki, nauczycielki i gospodynie domowe, Włoszki i emigrantki. Jakże przejmujące było przemówienie młodej Egipcjanki, która nawiązała do zwycięstwa manifestantów w Kairze, jakże jadowite było wystąpienie Dario Fo, jakże emocjonujące były słowa czytane przez znanych włoskich dziennikarzy i pisarzy. Wzruszające były starsze panie z wielkimi, uszczypliywmi napisami wypisanymi na kartonach, ci wszyscy mężczyźni, którzy przyszli by nas wesprzeć, te dzieciaki, których mamy już teraz pracują by wyrosły na mądre, niezależne kobiety. Ale najbardziej poruszające było to, że było nas tak wiele. Że zebrałyśmy się wspólnie by zaprotestować przeciwko tym, którzy usiłują odebrać nam godność i szacunek. Dobrze było tam być tego popołudnia. Wszystkie przypomniałyśmy sobie, jak wielką mamy siłę i potencjał.

 

Białe szaliki - symbol manifestacji

 

To nie jest kraj dla kobiet, ani tym bardziej dla małych dziewczynek

 

Ten pan szukał Ruby (osiemnastoletniej Marokanki, która miała kontakty seksualne z Berlusconim)

 

I ją znalazł: Ruby i jej koleżanki

 

Nawet psiaki obecne na manifestacji miały białe szaliki

 

I nasz ulubiony slogan: Lisbeth Salander, zajmij się tym ty!

 

 

O sytuacji kobiet we Włoszech pisałam chociażby w tych trzech tekstach:

One

Włoska wideokracja

Kobiety i władza

piątek, 01 października 2010

Jesień we Włoszech pachnie prażonymi kasztanami. Początkowo ma bardzo pogodne oblicze,  ale z upływem czasu zaczyna kaprysić, pokazując swoją pochmurną twarz. Włoskie mieszczuchy gorliwie łapią wtedy ostatnie promienie słońca, spotykają się na powakacyjnym aperitivo  i nie potrafią się zdecydować na ostateczne pożegnanie z sandałami. We wrześniu mieszkańcy miast wracają do domów naładowani wakacyjną energią, którą przekazują swoim  lekko znudzonym letnimi pustkami dzielnicom. Jesień w miastach jest równie kolorowa co drzewa w parkach. Kipi sztuką, życiem, pomysłami. Tak jakby chciała sobie odbić letnią nudę i wyszaleć się przed zimowym letargiem.

Włoska jesień kocha kino, książki, sztukę. Wrzesień rozpoczyna się festiwalem literatury w Mantovie. Zaraz potem ruszają uczty dla kinomanów: Wenecja, dwa festiwale w Mediolanie, a późną jesienią jeszcze przegląd filmów w Rzymie. Jesień uwielbia też sztukę. W Milano zagościli właśnie geniusze i wielcy prowokatorzy: Salvador Dali i Maurizio Cattelan. Trwają wystawy zdjęć Franceschi Woodward i Roberta Doisneau. Czekamy też na Shirin  Neshat, którą ostatnio Włochy ogromnie polubiły - była nawet przewodniczącą jury sekcji Orizzonti na tegorocznym festiwalu filmowym w Wenecji. We wrześniu odbywa się też w Mediolanie słynny na cały świat Tydzień Mody i ma miejsce równie ekskluzywny wyścig Formuły 1.

Dobrze być mieszczuchem jesienią, jeżeli tyle wokół się dzieje. Nie straszna wtedy plucha czy pierwsze chłody. Nie ma nic przyjemniejszego niż po raz pierwszy założyć ulubiony szalik i wpaść  w ostatniej chwili do sali kinowej zrzucając z ramienia kolorowy liść. A kiedy nawet nasze buty chowają się po kątach niechętne kapryszącej pogodzie, można po prostu zakopać się pod ciepłym kocem z kubkiem różanej herbaty i czytać, oglądać i słuchać muzyki deszczu. Ale wtedy już jesień wyciąga z szafy ciepłe kożuchy i przygotowuje się do wielkiej metamorfozy, a wraz z nią czynią to wypieszczone mieszczuchy.

Mam nadzieję, że mieliście równie piękny wrzesień jak ja. Miejmy nadzieję, że i październik nas nie zawiedzie. Życzę wam bardzo kolorowej jesieni!

 

 

piątek, 27 sierpnia 2010

Oj, wylałam już wiele kubłów zimnej wody na słoneczną Italię. Nie raz malowałam na tym blogu Włochy w pesymistycznych kolorach, dając upust swojemu niezadowoleniu, ale też przekorze, którą raz za razem rozjusza włoska megalomania. Dziś jednak sza! Przekorę wysłałam na upragnione wakacje w krainie życzliwości, a niezadowolenie uśmierzyłam lodami z zielonymi pistacjami z Bronte.  Nie będę się bawić we Frances Mayes i zachwycać chłopcami pędzącymi na Vespach wąskimi uliczkami średniowiecznych miasteczek, zapachami pomidorów dojrzewającymi pod słońcem Toskanii czy smakiem pizzy  z pieca opalanego drewnem. Pokażę Wam jednak kilka włoskich zjawisk, które nieustannie wywołują u mnie uśmiech. I oczywiście nie oznacza to, że pizzy, Toskanii  czy parmigiano reggiano nie uwielbiam, w gruncie rzeczy przecież wszyscy je kochamy.

Aperitivo po pracy

Moja ulubiona pora pracowicie spędzonego dnia to późne popołudnie, kiedy ktoś w biurze rzuca to może dziś aperitivo? Zawsze się piszę, uwielbiam te niewymuszone wieczory, kiedy zamawiamy drinki w barze  za rogiem i w kilka minut po wyjściu z pracy zaczynamy się relaksować.  Tradycja włoskiego aperitivo sięga XVIII wieku, kiedy w Turynie został wynaleziony vermouth. Najpierw Włosi spotykali  się na szybki kieliszeczek trawiennego likieru przed kolacją, który miał za zadanie pobudzić apetyt. Z czasem jednak wybór drinków rozszerzył się o aromatyczne wina i egzotyczne koktaile, doszły bogate przekąski (niektóre bary serwują wręcz gorące dania i desery), które teraz w zupełności zastępują sytą kolację. I tylko jedna rzecz się nie zmieniła od początku - w odróżnieniu od chociażby hiszpańskich tapas - płaci się jedynie za  sączony aperitiv.

Boh i inne wykrzykniki

Do melodii włoskiego języka już się przyzwyczaiłam, choć ciągle mam kilka ulubionych dialektów, których ni w ząb nie rozumiem.  W języku ojczystym Dantego  uwielbiam  przede wszystkim dziesiątki wstawek i wykrzykników, którymi Włosi ozdabiają swoje wypowiedzi. Oczywiście każdy język ma swoje ochy, eje i achy, ale tak wiele barwnych wstawek mają jedynie Włosi. Mam nawet kolegę, Belga, który  napisał pracę magisterską na temat wykrzyknika boh (czasami pisany jako bho oznacza po prostu wzruszenie ramion równoznaczne z krótkim nie wiem, nie mam pojęcia). Oprócz boh, strasznie lubię ueila, uè, beh, mah, ehi, ohi, uffa... Każdy wyraża coś innego, radość, niepewność, podekscytowanie, zrezygnowanie czy zniecierpliwienie, a często ma i własną wersję w lokalnym dialekcie. Język bardziej kolorowy niż włoska flaga. A tak przy okazji, porównywaliście kiedyś wykrzykniki naśladujące głosy zwierzęce w różnych językach? Czasami można pęknąć ze śmiechu.

Romantyczne napisy i kłódki na mostach

Jednym się podobają, inni uważają je za spory kicz. Ja należę do pierwszej grupy prawdopodobnie dlatego, że nie kojarzę ich z romantycznymi blockbusterami dla włoskiej młodzieży, w których są elementami obowiązkowymi. Chodzi o transparenty i napisy zawieszane zazwyczaj na wiaduktach, które zawierają miłosne wyznania w stylu Julio, jestem na zawsze twój, Federico. Czasami są naprawdę oryginalne i co ciekawe, zazwyczaj są to wyznania dla dziewczyn od chłopców. I jeżeli ja jadąc samochodem przejeżdżam pod tak ozdobionym mostem i uśmiecham się pod nosem, jakże muszą się czuć zakochane nastolatki, które rozpoznają w napisach wiadomość dla siebie. Czasami, zdaje się jednak, transparenty służą też  zdradzonym lub rozczarowanym sercom. Niedawno widziałam napis: Sei brutta! Jesteś brzydka! Popłakałam się ze śmiechu.

Z kolei zamykane na słupach kłódki i obowiązkowo wyrzucane precz kluczyki  to symbol wiecznej miłości, którą przysięgają sobie nastolatkowie. Zresztą lampa na rzymskim moście Milvio, która pojawiła się w jednym z miłosnych przebojów filmowych i na której pojawiło się najwięcej kłódek, dość szybko runęła pod naporem ciężaru. Pewnie podobnie jak wiele związków na niej uwiecznionych. Tak czy siak urocze zwyczaje.

Zapach kawy i świeżych brioche o poranku

Tutaj polecę prawdopodobnie Francis Mayes (tak mi się przynajmniej wydaje, bo jej ksiażek nie miałam okazji czytać). Codziennie rano idę do pracy ulicą, która pachnie. Zapach świeżo wyciągniętych z pieca brioche miło pobudza nozdrza jeszcze w metrze (zapraszam na stację Cadorna w Mediolanie, istny raj zapachów o poranku) aby na zewnątrz na dobre obudzić nawet największego śpiocha aromatem smolistego espresso. Mijając kolejne bary czy piekarnie z przyjemnością wdycham słodkie i orzeźwiające zapachy, czasami tak pociągające, że wstępuję po drodze do ulubionej kawiarni i kupuję jeszcze ciepłego rogalika. Kawę za to wolę zdecydowanie wąchać niż pić, co ciężko pojąć Włochom, którzy bez  caffè macchiato czy marocchino nie potrafią przeżyć połowy dnia. Nie przesiadują jednak godzinami nad kubkiem dymiącego cappuccino posypanego cynamonem. Traktują espresso jak sposób na przeżycie, aplikując je jednym haustem na stojąco i jak nowo narodzeni zaraz biegną dalej delektując się słodkim smakiem  na podniebieniu. Podoba mi się rezerwa, z jaką traktują ukochaną kawę. Pozornie nie okazują jej uczuć, ale codziennie wracają do tego samego baru, gdzie znajomy kelner podaje im to, co zawsze. Nie mogą bez niej żyć...

Tagi: Włochy
22:40, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (35) »
czwartek, 24 września 2009

Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i show girl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją czym prędzej za żonę. Żona niedawno złożyła pozew o rozwód, a Mara Carfagna, nasza pani minister, która jeszcze kilka lat temu wyglądała tak, dziś nosi eleganckie służbowe mundurki.

Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje ich jego wizerunek: młodego, przystojnego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystkie włoskie gwiazdy, przez co zresztą  biedak musiał siedzieć w więzieniu.

Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych i pożądanych ludzi w kraju jest agent gwiazd, który otwiera lub zamyka wszystkie furtki do kariery telewizyjnej. Lele Mora jest nietykalny, jest wielkim przyjacielem Silvio Berlusconiego i protektorem Fabrizio Corony. I z dumą obnosi się ze swoimi faszystowskimi poglądami.

A największym absurdem we Włoszech jest to, że szefem rządu (mającego bezpośredni wpływ na kształt kanałów publicznych tv) i właścicielem największej telewizji prywatnej w kraju jest ta sama osoba: Silvio Berlusconi, który wprowadził w Italii dyktaturę obrazu, czyli wideokrację.

O tym właśnie traktuje film dokumentalny nakręcony przez Erika Gandini,  Włocha od lat mieszkającego w Szwecji. Gandini postanowił stworzyć film, który wyjaśniłby obcokrajowcom fenomen Silvio Berlusconiego, o którym ciągle głośno z racji jego wybryków na scenie politycznej i we własnej willi na Sardynii. Przede wszystkim jednak chciał przybliżyć Szwedom przyczyny włoskich absurdów.

80% włoskiego społeczeństwa czerpie informacje o świecie z telewizji, która promuje tanią, tandetną rozrywkę, głupawe teleturnieje i dużo golizny, a każde wiadomości kończy  plotkami. I to właśnie medium decyduje o autorytetach, kreuje kulturę i świadomość przeciętnego Włocha.  Reżim małego ekranu sprawia, że szczytem marzeń tysięcy młodych Włochów i Włoszek jest występ w telewizji i upodobnienie się do jej gwiazd. Łudzi, że każdy, jeżeli tylko trafi do telewizji, może stać się sławny, bogaty i uwielbiany. Że tv umożliwi znalezienie dziewczyny, pracy, przyjaciół, zagwarantuje upragniony sukces. Wystarczy  zatańczyć, zaśpiewać, pokręcić tyłkiem, wystarczy się pokazać... Wideokracja falsyfikuje rzeczywistość, wprowadza zastępcze problemy i mydli oczy.

O Videocracy przeczytałam po raz pierwszy kilka miesięcy temu w kontekście festiwalu filmowego w Wenecji, na którym miał być pokazywany. Nie spodziewałam się, że uda się mi łatwo dotrzeć do tego filmu, tym bardziej że zwiastun dokumentu nie został dopuszczony do pokazywania ani we włoskiej Rai, ani w Mediasecie Berlusconiego. Dlatego bardzo się zdziwiłam, kiedy wraz z premierą na festiwalu Videocracy trafiło do włoskich kin.

W gruncie rzeczy film mnie rozczarował bo nie dowiedziałam się z niego wiele ponad to, co już wiedziałam. Zapomniałam jednak, że oryginalnie był to dokument skierowany do obcokrajowców, którzy nie mieszkają we Włoszech. Dla nas obrazki przedstawione w filmie są przykrą codziennością. Dla wielu z Was mogą być sposobem na zajrzenie do jaskini smoka bez konieczności zamieszkania w niej. Są też doskonałą ilustracją dla dwóch starszych tekstów z tego blogu: o włoskich kobietach i o Fabrizio Coronie. Dlatego chciałabym Wam ten film bardzo polecić. Liczę, że dotrze do Polski. A tymczasem zerknijcie na zakazany trailer. Wszystko zaczęło się 30 lat temu od teleturnieju, w którym za każdą prawidłową odpowiedź gracza gospodyni domowa zdejmowała jeden element swojej garderoby...

 

Tylko we Włoszech ministrem w rządzie może zostać fotomodelka i showgirl, wobec której kilka lat wcześniej premier publicznie zadeklarował, że gdyby nie był już żonaty, wziąłby ją za żonę.  Mara Carfagna, bo o niej mowa, kilka lat temu wyglądała tak, a dziś prezentuje się tak.

Tylko we Włoszech jednym z najpopularniejszych celebrity jest paparazzi, który ponad wszystko kocha luksus i pieniądze. W filmie Gandiniego Fabrizio Corona bez skrupułów mówi o sobie jestem takim współczesnym Robin Hoodem, zabieram bogatym i... zostawiam dla siebie. Ludzie kupują gadżety, ubrania i płyty sygnowane jego nazwiskiem ponieważ fascynuje go jego wizerunek: młodego, wysokiego, szczupłego, świetnie ubranego, pewnego siebie i bajecznie bogatego faceta, który trzyma w garści wszystki włoskie gwiazdy. W filmie z narcyzem daje się sfilmować nago w całej krasie.

Tylko we Włoszech jednym z najbardziej wpływowych ludzi w kraju
sobota, 21 lutego 2009
Pierwsze wzmianki o weneckim karnawale pochodzą z XI wieku, a związane z nim maski i kostiumy mają swoje źródła w starożytnym teatrze. Okres poprzedzający Wielki Post wypełniony był balami maskowymi, przedstawieniami teatralnymi i występami akrobatów. Dzięki przebraniu zacierały się wszelkie różnice między mieszkańcami Wenecji - niezależnie od społecznej pozycji, płci czy religii wszyscy stawali się równi. Przez to, że nie wiadomo było, kto ukrywa się pod przebraniem, obowiązywało jedno pozdrowienie dla wszystkich - buongiorno signora maschera (witaj pani masko).
Karnawał był czasem wyzwolenia z wszelkich zasad czy konwenansów. Można było do woli żartować i przedrzeźniać innych. Karnawałową anonimowość wykorzystywano jednak również do popełniania oszustw czy morderstw. Dlatego też ta wolność nie raz ograniczana była dekretami, które zakazywały poruszania się w maskach w nocy, noszenia przy sobie broni i niebezpiecznych przedmiotów. W maskach nie można było wchodzić do miejsc kultu religijnego (przebrani za kobiety mężczyźni zbyt często przemykali się w ten sposób do żeńskich zakonów) czy do kasyna. Zakaz noszenia masek miały również prostytutki.
Najbardziej charakterystycznym weneckim kostiumem jest Bauta, która składa sie z czarnej peleryny z kapturem, trójkątnego kapelusza i białej maski. Dolna część maski jest odchylona, dzięki czemu jej właściciel nie musi jej ściągać do jedzenia czy picia. Co ciekawe, Bautę nosili zarówno mężczyźni jak i kobiety,  a i dziś nietrudno spotkać taką postać w wąskich weneckich uliczkach. Nie raz takie spotkanie może przyprawić o szybsze bicie serca.
Nie widuje się za to już dwóch pozostałych kostiumów, kiedyś bardzo charakterystycznych dla Wenecji. Gnaga to kobiece przebranie, które zakładali mężczyźni. Składało się z damskiej sukni, maski kota i koszyczka, w którym często miauczał żywy pupilek. Gnaga odgrywała rolę piastunki i często otoczona była innymi meżczyznami przebranymi za dzieci. Z kolei kobiety często korzystały z czarnej, aksamitnej maski przebierając się za Morettę. Była to figura niema, ponieważ maska trzymała się na twarzy dzięki guzikowi, który kobieta miała w ustach.
Dziś częściej można spotkać Wenecjan przebranych za tradycyjne postaci z commedia dell'arte, która stała się niezwykle popularna w XVI wieku. Jej zabawowy charakter, pełen impowizacji, błaznów i sztuczek doskonale wpisywał się w karnawałowy nastrój. Najpopularniejsze postaci z tych przedstawień to Arlecchino, Arlecchina i Colombina.
Historia karnawału weneckiego została przerwana w 1797, kiedy republika została podbita przez Napoleona. Na nowo  zabawy zostały wznowione dopiero w 1979 i bardzo szybko odzyskały swoją sławę. W tym roku na placu św. Marka w dniu otwarcia karnawału zebrało się  80 tysięcy widzów. Przez miasto przepływa rzeka turystów. Policjanci kierują ruchem pieszych i chronią jak mogą uginające się pod przechodniami weneckie mosty. Wszędzie pełno jest konfetti i przebierańców z całego świata. Ulicami spacerują turyści z maskami na twarzach i prawdziwi Wenecjanie jak żywi przeniesieni z innych epok. W kawiarniach obok zwyczajnych ludzi, siedzą osiemnastowieczne hrabiny i książęta w perukach. Przy zejściu do gondoli papierosa pali papież, a obok przechodzi Gioconda w złotej ramie. Odbywa się mnóstwo wystaw, przedstawień i koncertów od reggae po muzykę poważną. Kicz miesza się ze sztuką, a tradycja z nowoczesnością.
Taka rozbawiona i przepełniona Wenecja, choć  pełna atrakcji, jest ciężka do zniesienia. My spędzając tam  zeszły weekend uciekliśmy przed tłumami na sąsiednie wyspy Murano i Burano, które, równie urokliwe, oferowały spokój i cudowne słodycze. Do Wenecji wróciliśmy po zmierzchu, kiedy opustoszały uliczki, a w kanałach odbijało się już światło księżyca. Wtedy właśnie miasto odzyskuje swoją magię i tajemnicę, a w pałacach rozpoczynają się maskowe bale...
czwartek, 27 listopada 2008
Mój kolega lat trzydzieści kilka ma małe, przytulne mieszkanko na obrzeżach Mediolanu. Sam jednak ciągle mieszka z rodzicami, a mieszkanko świeci pustkami. Dom traktuje jak hotel z pakietem all inclusive (w cenie promocyjnej poza sezonem). W domu jedynie sypia i ogląda telewizję. Kiedy jest głodny, idzie do kuchni a tam już czeka szczęśliwa mama, aby podgrzać gotowy od godziny obiad. Kiedy zje, jak to w restauracji, mama odnosi jego talerz i z radością go zmywa. Mój kolega nie sprząta, nie odkurza, nie prasuje i nie pierze. Domyślam się, że nigdy nie włączył żelazka ani pralki. Podobno czasami tylko dokłada się do rachunków i zawozi mamę na zakupy.

Pewnie, że w tym co piszę jest sporo ironii, ale nie ma  za grosz przesady. Taki układ panuje we Włoszech od pokoleń. Dzieci mieszkają z rodzicami do oporu, używają beztroskiego życia a w dorosłość wchodzą dopiero wraz z zawarciem związku małżeńskiego (czytaj: kiedy mamisynek znajdzie nową gosposię). Z drugiej jednak strony matki z radością i oddaniem pełnią swoje role, choć często to one już potrzebują opieki. Znam tylko jednego Włocha, który wyprowadził  się od rodziców  w wieku 25 lat. Wszyscy z podziwem mówią o nim, że jest avanti. Większość młodych Włochów przed 30 po prostu dobrze się bawi, wydaje zarobione pieniądze na ciuchy i imprezy, nie zawracając sobie głowy przyszłością. To niestety coś więcej niż stereotyp, a nieliczne wyjątki tylko potwierdzają regułę.

I właśnie dlatego tak bardzo wszystkich zdumiewa to, co wydarzyło się w zeszłym miesiącu. Młodzi Włosi niespodziewanie włączyli się do życia publicznego, głośno sprzeciwiając się planowanej reformie oświaty. Codziennie przez miasto przechodziły manifestacje, wiadomości pełne były młodych ludzi, którzy jasno formułowali swoje poglądy. Tzw dekret Gelmini (od nazwiska jego autorki) zakłada ogromne ograniczenia rozwoju oświaty we Włoszech. O 9 mld euro mają zostać zmniejszone fundusze na utrzymanie uniwersytetów, o połowę ma zostać zredukowana ilość profesorów. W praktyce oznacza to między innymi zatrzymanie wszelkich projektów badawczych. Cięcia mają dotknąć również nauczycieli szkół podstawowych, a przede wszystkim tych niemianowanych (czyli najmłodszych - bez stażu pracy). Co najgorsze, uniwersytety mają zostać przekształcone w fundacje, w czego konsekwencji dostęp do nauki będą mieli tylko najbogatsi. Te decyzje nie wzięły się znikąd - instytucje publiczne we Włoszech to wielkie, czarne dziury, które często pochłaniają absurdalne sumy pieniędzy. Pomysły rządu prawicowego są jednak daleko niedemokratyczne i antyspołeczne. Oznaczają ograniczony dostęp do oświaty i zatrzymanie rozwoju nauki we Włoszech.
Protesty włoskich studentów zaskoczyły wszystkich, ponieważ nigdy dotychczas tak licznie nie brali udziału w polityce.  Zaskoczyły, choć niestety nie zatrzymały Gelmini. Los oświaty we Włoszech jest już właściwie przesądzony. Pocieszające jednak jest to, że młodzi ludzie się obudzili. Nagle dotarło do nich, że polityka dotyczy również ich samych. Może zaczną się brać do życia trochę wcześniej, żeby nastęnym razem już nie zaspać. Wspomaga ich w tym włoska MTV, która po raz kolejny podjęła wielką inicjatywę. W telewizji trwa kampania Tocca a noi (Kolej na nas), która w krótkich filmikach namawia młodzież do podejmowania inicjatyw obywatelskich. Uczy, jak przygotować projekty ustaw, zbierać pod nimi podpisy i gdzie je zanieść. Nagle bycie aktywnym i branie spraw w swoje ręce zrobiło się cool. Popieram. I jeszcze powinni przeprowadzić akcję informacyjną, jak uruchomić pralkę i żelazko. Niektórym by się przydało...

 

 

 

PS Dla właścicieli kont na Blipie: jeżeli komentując, w okienku strona www wpiszecie adres swojego Blipa (np. mój to http://pyza.blip.pl), przy Waszym komentarzu pojawi się blipowy awatarek.

Tagi: Włochy
10:30, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (27) »
sobota, 12 kwietnia 2008
Obejrzałam w końcu Persepolis. Komiks Marjane Satrapi ożył na ekranie, nabrał smaku i pozostawił zachwyt. Choć historia została mocno pocięta, jej siła i przekaz pozostały niezmienione. To, co mnie najbardziej uderzyło w tej opowieści, to charakter głównej bohaterki, stanowczy, odważny, nietuzinkowy. Niełatwo jest pisać o samej sobie, przyznając się do błędów z przeszłości i kreując się na bohatera nie do końca pozytywnego.

W kontekście Satrapi dużo mówi się o prawach kobiet w kulturze islamu. W końcu nawet jak na europejskie warunki autorka komiksu jest wyjątkowo wyzwolona. Nietrudno przypisać jej etykietkę feministki. A jednak rysowniczka mówi: Nie mogę być feministką ponieważ wybrałam bycie humanistką: świat nie dzieli się na mężczyzn i kobiety. Dzieli się na głupich i nie.

Widząc, jak swoje prawa marnują kobiety w naszej kulturze, muszę się z nią zgodzić. Walczymy o równouprawnienie i szacunek, a równocześnie same kładziemy sobie kłody pod nogi. A właściwie nie my kobiety, tylko one - te głupie, za przeproszeniem.
Oglądaliście kiedyś włoską telewizję? Każda kobieta występująca w jakimkolwiek show ma biust ściśnięty w dwa baloniki, sukienkę z działu dziecięcego albo strój kąpielowy i szpile do nieba. A do tego ten makijaż alla Paperina. Jej rola w programie najczęściej sprowadza się do wywijania nóżkami, kręcenia tyłeczkiem i uśmiechania się. Tańczą, machają, wyginają się, pokazują się w krótkich przerwach. W zależności od programu nazywają się veline, schedine, letterine, valette... Seksbomby są jak pogoda w wiadomościach: muszą być i basta. Że nie mają nic do powiedzenia, to nieistotne. Ich rola sprowadza się do przytrzymania męskiego oka na ekranie. Co ciekawsze, występ w telewizji to furtka do "kariery", showgirls zostają narzeczonymi, żonami piłkarzy, modelkami.
Narzekacie na szowinizm w polskich reklamach? Nie widzieliście włoskich. Nieważne czy sprzedajesz garnki, opony czy drukarki, biust i włosy blond muszą być, inaczej kampanię reklamową szlag trafi. O, chociażby zeszłoroczna kampania reklamowa sieci telefonów komórkowych 3 - reklamowały je trzy zera. Słowa oburzenia usłyszałam jedynie ze strony koleżanek cudzoziemek.
Jak kobiety z kultury islamu ubezwłasnowolnione przez religię i prawo mają walczyć o równość, kiedy my Europejki (no dobra, Włoszki) dajemy się manipulować, wykorzystywać i robić z siebie małpki z cyrku? Czy tym babom nikt nie powiedział, że mogą być czymś więcej niż kukiełkami i tancerkami? Że szczyt marzeń może być wyższy niż udział w Striscia la Notizia jako showgirl? Jak zmienić mentalność ludzi islamu, jeżeli sami jesteśmy ograniczeni i zniewoleni?
Tylko we Włoszech kandydat na premiera na pytanie, jak mają sobie radzić absolwentki uniwersytetów, które mają problem ze znalezieniem pracy, ośmiela się odpowiedzieć: znajdzcie sobie bogatych mężów takich, jak mój syn. Swoją drogą widzieliście kobiety, które są członkami partii Berlusconiego Forza Italia? No to sobie zerknijcie tu albo tu.
Nie wiem, co się stało z włoskim ruchem feministycznym. Przecież to właśnie feministki już w latach 70 wywalczyły legalność aborcji we Włoszech, gdzie Watykan miał i ciągle ma dużo do powiedzenia. W ostatnich miesiącach podniosły się głosy domagające się delegalizacji aborcji, poddano nawet pod wątpliwość prawną kilka przeprowadzonych zabiegów. Oczywiście odbyły się wiece, szczególnie z okazji 8 marca, w których wzięły udział setki kobiet broniących swoich praw. Obawiam się tylko, że wraz z powrotem rządów prawicowych, co jest właściwie pewne, problem aborcji powróci i wtedy będzie już za późno na demonstracje.
Italia się uwstecznia, a Włoszki w ogromnej większości są ogłupione i zmanipulowane (mężczyźni to osobna, choć równie smutna, bajka). Dlatego też niedzielne wybory wygra pewnie Berlusconi i w Italii nastanie ciemnogród z kolorową okładką...

PS Wszystkie zdjęcia w linkach pochodzą z programów włoskich stacji telewizyjnych, nie licząćc oczywiście zdjęć członkiń Forza Italia: na pierwszym są Stefania Prestigiacomo i Gloria Porcella, a na drugim Mara Carfagna. Szukając przykładowych fotogafii, natknęłam się na rewelacyjny artykuł z Financial Times, który znacznie szerzej traktuje o problemie nagości i kobietach we Włoszech. Polecam.
Update: Pamiętacie Marę Carfagnę? Teraz wygląda tak i jest ministrem w rządzie Berlusconiego.
Tagi: Włochy
12:02, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (23) »
niedziela, 10 lutego 2008
W dniu, kiedy wsiadłam do metra a na siedzenie obok mnie wdrapał się niewysoki Zorro, polubiłam Mediolan. Pamiętam, że szłam ulicą i nie mogłam przestać się uśmiechać na widok miniaturowych księżniczek, biegających biedronek i kurczaków. Mediolan wreszcie pokazał sympatyczne i radosne oblicze.
W tutejszym karnawale biorą udział głównie dzieci, choć zdarzają się chlubne wyjątki w postaci rodziców i pomysłowej młodzieży. W zeszłym roku moim numerem jeden były żywe doniczki: jedna z pelargonią singlem, a druga z dwoma męskimi kwiatami w środku. :) W tym roku panowała moda na tygryski i niedźwiadki, choć widziałam również chodzącego kaktusa, rzeźnika i yeti. Swoją drogą, przypominając sobie swoje zabawy karnawałowe, najlepiej wspominam tę z Libii, kiedy przebrałam się za jaskiniowca. Odziana byłam w kawałek futra a w ręce dzierżyłam maczetę z morskiej gąbki. Przyznam, że zrobiłam wtedy furorę. :)
Najciekawsze w mediolańskim karnawale jest to, że odbywa się już w czasie Postu. Wszystko przez to, że w tutejszych kościołach obowiązuje nie rzymski a ambrozjański kalendarz. W związku z tym Quaresima zaczyna się w niedzielę i wtedy dopiero odbywa się Popielec. Legenda głosi, iż św. Ambroży- biskup Mediolanu wracał z Rzymu na nogach, przez co nie zdążył oficjalnie rozpocząć Postu w środę. Mieszkańcy miasta cierpliwie czekali na swojego duszpasterza przedłużając sobie tym samym karnawał o kilka dni.

Dzisiaj znowu sobie obiecałam, że za rok to się już na pewno przebiorę! Wymyślę coś między tygryskiem a doniczką. Zobaczycie.:)
Carnevale Ambrosiano 2008 z Corriere della Sera
I kilka mniej profesjonalnych fotek: raz i dwa.
01:21, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (18) »
 
1 , 2