Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS

Osobiste

poniedziałek, 05 sierpnia 2013

Latam. 

18:06, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (51) »
poniedziałek, 15 kwietnia 2013

Jakiś czas temu Maga Mara aka Ania rozpoczęła na swoim blogu niezmiernie ciekawy cykl rozmów z osobami, które przeniosły się do innych krajów. W serii Przeprowadzki ostatnio pojawił sie wywiad z moją bardzo skromną, latającą osobą. Jeżeli macie ochotę przeczytać o moich początkach w Mediolanie zapraszam tutaj.

Tagi: Mediolan
13:49, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (40) »
poniedziałek, 02 lipca 2012

Jeżeli myśleliście, że Pyza już na zawsze odleciała ze swojego bloga, poważnie się myliliście.  Pyza jest, ma się dobrze i wcale nie odpuściła. Musiała po prostu solidnie popracować nad otaczajacą ją rzeczywistością, poukładać dziwnie zawiłe sprawy i na nowo odnaleźć radość pisania (i w ogóle). Nie obiecuję, że wrócę już jutro, ale mam to w bardzo poważnych planach. A jeżeli bardzo tęsknicie, to trochę częściej bywam na Twitterze, choć nie dzielę się tam przesadnie rozbudowanymi przemyśleniami. Takie rzeczy to tylko na blogu.

 

PS W imieniu Włochów przyjmuję kondolencje z okazji przegranego finału Mistrzostw Europy. Było nam bardzo smutno. ;)

20:42, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (13) »
wtorek, 29 listopada 2011

To były parszywie ciężkie dwa miesiące. I wcale nie jest powiedziane, że kolejne będą lepsze. Ale siłą człowieka jest przyzwyczajenie, które sprawia, że dziś trochę lżej się mi oddycha. I nie do przecenienia są przyjaciele, którzy na dźwięk twojego załamującego się głosu, wsiadają do samochodu i przejeżdżają pół świata, żeby cię wesprzeć. Albo którzy odstępują ci swoje łóżko, kiedy nie masz siły wrócić do domu. Zbieram się pomału do kupy. Uczę się od początku mojej teorii pozytywnego myślenia i dziś próbuję  pozbierać okruchy przyjemności z ostatnich tygodni, może ułoży się z nich jakiś pocieszający obrazek. 

- moje pierwsze w życiu brownies wg przepisu z White Plate (w mojej wersji bez przypraw piernikowych), który wyszły naprawdę nieźle, a wyrosły jeszcze lepiej;

- koncert Ryuichi Sakamoto i usłyszenie na żywo Solitude;

- każda bezinteresownie wyciągnięta dłoń i wspierający uśmiech na widok mojej niewyraźnej buzi;

- Pina Wima Wendersa, która zaczarowała mnie muzyką, a szczególnie La Prima Vez;

- nocne marsze (bo ciężko je nazwać spacerami) wzdłuż obleczonego typową mediolańską mgłą Naviglio Grande, piękne i mroźne;

- telewizja - zabija wszelkie odruchy samodzielnego myślenia!

- obserwowanie księżyca i zastanawianie się, w którym świecie się mieszka (tak, 1Q84);

- origami - zrobienie czarnego łabędzia to nie lada wyzwanie, ale jaka satysfakcja!

 

Fakt, dziś  jeszcze łatwiej przychodzi mi ułożenie listy porażek i rozczarowań. Ale następnym razem pójdzie już gładko. W końcu ile można spadać w dół.

Pozdrawiam Was serdecznie!

23:13, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (36) »
środa, 15 czerwca 2011

Każda wizyta na blogu Butters zaraża mnie pozytywną energią. Tym razem przyszła mi wręcz ochota na pójście śladem autorki i rozpoczęcie kolekcjonowania... przyjemności. Bo spisywanie wszystkich chwil, które wywołały uśmiech na naszej twarzy i sprawiły, że zapomnieliśmy o ciążących nam problemach, to doskonały sposób na przedłużenie i uwiecznienie małych radości.  Zbieram więc ze smakiem swoje okruchy przyjemności z ostatnich tygodni i zachęcam Was do zrobienia tego samego:

- popołudniowa drzemka w cudownym agriturismo gdzieś na granicy Ligurii i Toskanii, którego właścicielami jest zakręcona para wegetarian (a propos urocza anegdota: swego czasu posiadali krówkę o imieniu Jezus, która urodziła się 24 grudnia)

- moja crostata al limone, za którą sama przyznałam sobie mistrzostwo świata (dla zainteresowanych, którzy chcieliby stanąć ze mną w szranki, przepis po włosku tutaj)

- wieczór na piazza Duomo, kiedy ogłoszono nowego burmistrza Mediolanu, moc pozytywnej energii i szczerej radości

- obejrzenie Zapachu zielonej papai Anh Hung Trana, małego arcydzieła, który pobudza wszystkie zmysły; dla takich odkryć warto być kinomaniakiem

- niedzielna Siesta Marcina Kydryńskiego i odkrycie strony fan clubu programu, gdzie publikowane są tytuły wszystkich utworów puszczanych w czasie audycji (serdeczne pozdrowienia dla pana Chyrczakowskiego!)

- nowy odcinek Grey's Anatomy choć wyjątkowo smutny; moja godzina telewizji tygodniowo, na którą czekam w każdy poniedziałek

- wyjście z pracy o 18 pierwszy raz od niepamiętnych czasów uczczone bardzo udanymi zakupami w Mango; niespodziewanie przy kasie otrzymałam 40% zniżki na wszystkie rzeczy!

- bita godzina przesiedziana w księgarni Feltrinelli na małym stołeczku, spędzona na oglądaniu albumów o sztuce i liczeniu, ilu ze  stu najważniejszych współczesnych artystów znam

- gałązka jaśminu, którą przyniosłam ze spaceru i którą pachnie cały pokój

 

Doskonałe lekarstwo na chandrę,  spróbujcie! 

21:42, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (20) »
niedziela, 20 marca 2011

Trypolis, Benghazi, Cyrenajka, Zawia, Brega, nazwy libijskich miast, które ostatnio zajmują czołówki gazet, we mnie przywołują szczególne wspomnienia. Libia dla mnie to  nie szalony dyktator, który zawarł pakt nieśmiertelności z diabłem ani nie gniazdo terrorystów, którzy zrzucili samolot Pan Amu nad Lockerbie, ale piękny, choć krótki, okres mojego dzieciństwa, który po prawie 20 latach ciągle jest niezwykle żywy w mojej pamięci.

Libia kojarzy się mi z bezkresnymi plażami, które były tak szerokie, że czasami aby dotrzec do morza trzeba było brnąć przez parzący w stopy piasek dobrych kilkanaście minut. Na plażach libijskie rodziny rozkładały gigantyczne namioty, w piątki mężyczyźni piekli barany, a kobiety  wchodziły do morza w długich galabijach (choć to raczej męskie nakrycie) przypominając nadmuchane balony unoszące się nad taflą wzburzonej wody. Często obserwowaliśmy ich ukradkiem z daleka, wycierając słoną wodę z pokrytych gęsią skórką ramion i podjadając schłodzonego w morzu arbuza. Piątki były dniem wolnym również dla nas.

Libia kojarzy się mi z dziewiczo pięknymi miejscami, które sprawiały, że czułeś się jak odkrywca, jak pierwsza osoba na świecie, która do nich dotarła. Bo jak inaczej można było się czuć spacerując po rzymskiej Cyrenajce i znajdując w czerwonym piachu fragmenty mozaiek czy zdobień dzbanów.  Albo pływając w krystalicznej wodzie zatoczki ukrytej godzinnym marszem przez wadi pełne oleandrów i dostrzegając na dnie stare naczynia?

Libia to  dla mnie intensywne smaki i zapachy,  które zamieszkały w moich nozdrzach już na zawsze. Chociażby prosty zapach i smak świeżej hobzy prosto z małego okna piekarni, przed którym ustawiały się w kolejce wszystkie dzieci, podczas gdy ich rodzice czekali w samochodach. Zazwyczaj, kiedy dojeżdżaliśmy do domu, reklamówki, w które pakowano pieczywo, świeciły już jedynie okruszkami.  Albo cudowne lodziarnie, które serwowały wtedy lody w smakach, o których w Polsce nikomu się jeszcze nie śniło. Nie mówiąc nawet o najsłodszych słodyczach na świecie pełnych orzechów, miodu i rodzynek, takich jak kunafa czy baklava. Albo egzotyczne, wiercące w nosach mieszanki zapachów dojrzałych owoców i przypraw na lokalnym suku w Benghazi, który odwiedzaliśmy regularnie. Punktem obowiązkowym tych wizyt były sklepiki wypełnione po sufit orientalnymi zwojami, spośród których moja Mama zawsze wybierała kilka nowych, barwnych materiałów zabawnie targując się przy tym ze sprzedającym. Pamiętam też, że w pobliżu wejścia na suk mijaliśmy zawsze kawiarenkę, w której starsi panowie palili tajemnicze fajki wodne. Zawsze z trudem odwracałam od nich wzrok. 

Libia to też dla mnie oszałamiająca pustynia, na którą kiedyś chciałabym wrócić, to międzynarodowa szkoła, która ukształtowała mnie na całe życie, to niezrozumiałe wtedy widoki kobiet wożonych na pace wraz z baranami. W mojej głowie są też przedziwne posterunki policji, które zatrzymywały zagranicznych kierowców tylko po to, żeby sprawdzić, czy nie kierują  samochodem w zakazanych sandałach, jest też współpracownik Ali, który chciał kupić za żonę moją koleżankę, jest przerażające więzienie w postaci gigantycznego muru, który mijałam w drodze do szkoły. Libia to też nasz przyjaciel Kalinka, który przygotowywał dla nas tradycyjne przysmaki i któremu usiłowałam kiedyś wytłumaczyć, co to jest kałuża. Pamiętam też jak dziś kolorowe arabskie wesela,  pomalowane na zielono szkoły,  naszego kameleona Kamila, który potrafił zlać się z każdym tłem. Libia z mojego dzieciństwa to w końcu farbiąca usta na pomarańczowo lokalna Fanta, małpka mieszkająca na balkonie domu, który zawsze mijaliśmy w drodze do kościoła,  czerwona ziemia, w której z trudem coś rosło, to najnudniejsza na świecie telewizja, to pustynne gibli, które wpychało się w każdy kąt, to bezcenne  wspomnienia i doświadczenia...

Libia to też dla mnie Benghazi, w którym mieszkałam przez dwa lata, które mam bardzo głęboko w sercu, a które dziś przeżywa wielkie rozterki. Miałam wtedy raptem 11 lat, ale już wtedy doskonale wiedziałam, kim był Kaddafi. Mam nadzieję, że jego czas właśnie dobiega końca, in šāʾ Allāh!


Ten wpis dedykuję mojemu Tacie, który z ogromną troską śledzi  to, co się dzieje  aktualnie w Libii,  a który od niedawna dołączył do moich czytelników.

 

Piękna ta pieśń libijskich powstańców, prawda?

 

23:15, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (29) »
czwartek, 30 grudnia 2010

Ile razy w tym roku odkrywaliście Amerykę, byliście pozytywnie zaskakiwani niepozornymi okładkami książek, które otwierały nowe światy, prosto brzmiącymi nazwami dań, pod którymi kryło się niebo w gębie albo newsami, o których wszyscy już dawno wiedzieli? A ile razy zdarzyło się Wam odkryć rzeczy, które dla innych były codziennością, a dla Was okazały się zupełnie nowym lądem?  Jakie były Wasze Ameryki w tym roku?

Zacznę ja - oto moje małe odkrycia mijającego roku:

Róża - klasyczna,  dla wielu wręcz mdła i kojarząca  się ze starszymi paniami, okazała się moim przebojem roku. A dokładnie mówiąc różany smak i zapach w postaci perfum, naparów do picia, toniku do twarzy, wody różanej w słodyczach, lodów o smaku róży itd.  Kocham je wszystkie, bez różnicy.

Marynarki -  pojawiły się w mojej szafie po raz pierwszy od czasów tego czegoś przypominającego żakiet co kupiłam lata temu na egzamin maturalny. Nagle okazało się, że wystarczy znaleźć odpowiedni fason (a jest ich bez liku), żeby wyglądać w nich po ludzku.

Comptoir des Cotonniers - jak już jesteśmy przy ciuchach, to ta francuska marka, której nazwę jeszcze uczę się wymawiać, zrobiła furrorę w mojej szafie i trochę mniejszą w portfelu. Tu kupiłam moją ulubioną pasiastą koszulkę i wielką kurtkę, która chroni mnie przed tegorocznymi mrozami. J’adore.

Current TV - kanał telewizyjny założony przez Al Gora, który specjalizuje się w filmach dokumentalnych odsłaniających kulisy światowej polityki i przybliżających problemy społeczne i ekologiczne. Jego włoska wersja idzie zdecydowanie pod prąd zalewającej nas tandecie telewizyjnej.

Risotto alla trevisana e scamorza - czyli zestaw doskonały, który mogłabym jeść bez końca. Raz, że pokochałam włoskie risotta, a dwa, że trevisana i scamorza, czyli  czerwona cykoria i ser wędzony, to para idealna. Od żołądka do serca, jak to mówią.

Teterie w Grenadzie - bajkowe w wyglądzie, czarujące zapachami, zapraszające na świeżo zaparzoną marokańską herbatę i orientalne słodycze nawet przy 45 stopniach.  Zdecydowanie czuję miętę do takich miejsc.

Alterkino.org - dość kontrowersyjny serwis internetowy poświęcony alternatywnym filmom. Nie wszystko musi się podobać, ale zdecydowanie warto tam zaglądać w poszukiwaniu inspiracji i kinowych alternatyw.

The Strokes - do niedawna znałam tylko nazwę, której nie łączyłam z żadnymi konkretnymi dźwiękami. Jakoś bardzo wyrafinowanej Ameryki nie odkryłam, ale dobrze się mi ich słucha. Szczególnie You Only Live Once. Najlepiej w kółko.

Bazylia w doniczce - odkryłam, jak zrobić aby sadzonki bazylii kupowane chociażby w supermarketach przeżywały dłużej niż kilka tygodni. Otóż po latach eksperymentów z podlewaniem i nasłonecznianiem wywnioskowałam, drodzy przyjaciele ogrodnicy, że bazylii trzeba po prostu zapewnić  dużo większą doniczkę! Wtedy zaczyna kwitnąć jak szalony, odporny na wszystko perz (z całą sympatią dla perzu). Tak, tak, już mi zaproponowano napisanie książki ogrodniczej. Tytuł pierwszego rozdziału będzie brzmiał Wzrokiem Bazyliiszka, a drugiego Pomięte marzenia.

 

W Nowym Roku życzę Wam, drodzy czytelnicy, odkrycia wielu Nowych Światów. I pamiętajcie, że nie szkodzi, że ktoś tam dotarł już przed Wami. Ważne, że dotarliście i Wy. Szczęśliwej podróży!

 

PS O dacie wydania książki ogrodniczej i spotkaniach autorskich będę informować na bieżąco.

22:44, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (15) »
niedziela, 21 listopada 2010

Pewnie słyszeliście o fejsbukowej akcji powrotu do dzieciństwa. Moi włoscy znajomi na gwałt zmieniają swoje awatary w profilach. Trwa inwazja japońskich księżniczek, bohaterów o nadprzyrodzonych mocach i sprytnych złodziejaszków. Wszyscy cofają się w czasie do swoich ulubionych dobranocek i ich bohaterów, którzy dla mnie pozostają zupełnie anonimowi. Oni wychowali się na japońskiej mandze, ja na czechosłowackich i radzieckich kreskówkach. Ich bajki były pełne nowoczesnych, kolorowych bohaterów o nadprzyrodzonych mocach,  którzy w każdym odcinku ratowali świat, moi byli trochę szaro-burzy, z bardziej przyziemnymi przygodami, które uczyły, czym jest uczciwość, przyjaźń, mądrość i miłość do zwierząt. Nie wiem, ile dobrego w nas te dobranocki zostawiły, ale nie zamieniłabym ich na inne za żadne skarby świata.

Oglądam sobie stare dobrancki i nie mogę przestać się uśmiechać i nucić pod nosem. Ależ ten Bonifacy był antypatyczny, a Reksio rezolutny! A Miś Uszatek strasznie przemądrzały, każdą bajkę kończył morałem. A wiedzieliście, że Pszczółka Maja była japońską bajką, a Zbigniew Wodecki śpiewał tylko w naszej wersji? Ileż straciły dzieci z innych krajów! Potraficie jeszcze rozróżnić Bolka i Lolka? Ja musiałam się chwilkę zastanowić. Ale Smurfy potrafię ciągle wyliczyć co do jednego.

Jednak ze wszystkich dobranocek najbardziej na świecie lubiłam... Partoków. Wszyscy znali ich pod nazwą Sąsiedzi, a Partokami ochrzciła ich kilkuletnia Pyza, która zawsze z niedowierzaniem patrzyła na nieporadność bohaterów bajki. Dopiero niedawno odkryłam, że nazywali się Pat i Mat, bo to, że byli największymi kretynami w historii kreskówek, wiem od lat dwudziestu. Ale też nikt inny nie odznaczał się taką kreatywnością, humorem i optymizmem. Nic nie było ich w stanie zatrzymać, ani uciekająca zakrętka od butelki, ani za wysoka choinka.

 

 

A jakie były Wasze ulubione dobranocki? Na jakiego bohatera zmienilibyście dziś wasze zdjęcie na fejsbukowym profilu?

16:05, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (30) »
wtorek, 29 czerwca 2010

W tym roku lato wyjątkowo długo grymasiło. A to popadało, a to się zachmurzyło. Bynajmniej na te kaprysy nie narzekałam, bo upały to zdecydowanie nie moja bajka. Ale w końcu przyszło, rozsiadło się wygodnie na balkonie i męczy moje ziółka. Mięta trzyma się dzielnie, ale szałwia i oregano cienko przędą. Z promieni słońca cieszy się tylko jak szalony różowy oleander, wygląda  wręcz kwitnąco.  Trzeba jednak przyznać, takie temperatury wyciskają z roślin nieziemskie zapachy, aż się w głowie kręci od intensywnego jaśminu czy orzeźwiającej mięty.

 

 

Nie wiem, jak u Was, ale u nas wyjazd wakacyjny już zaplanowany, choć jeszcze nie dopięty na ostatni guzik. Z planem podróży jak z urlopową walizką, dopychamy i zamykamy go dopiero w ostatniej chwili. I zawsze grozi nadbagaż. Na dziś pewne jest, że lądujemy w Grenadzie, jedziemy do Kordoby, a następnie  zaszywamy się na tydzień na Cabo de Gata. Jeżeli macie jakieś sugestie, co warto  zobaczyć we wschodniej części Andaluzji (zachodnią wraz z Sewillą poznaliśmy już kilka lat temu), piszcie śmiało! Pewnie jednak nie uda się nam zobaczyć dużo więcej, zaplanowaliśmy sobie kilka solidnych dni błogiej bezczynności i czytania książek.

 

 

A propos książek,  czekam właśnie na nowy, wakacyjny stosik. Miał dojść już w zeszłym tygodniu,  ale zamiast paczki przyszedł tajemniczy list od UPS. Poinformowano mnie na piśmie, że moja przesyłka nie może być dostarczona ponieważ... nie zostało poprawnie rozpoznane miasto adresata. Podpisano: z poważaniem (gdzieś) Jaś Fasola.  Albo przynajmniej tak powinno być podpisane. Co gorsza, Jasiu odesłał moje książki z powrotem do Polski, choć miał mój numer telefonu. No jajcarz po prostu. A książki bardzo różnorodne: Kobiety i władza Magdaleny Środy, Gułag Anne Applebaum, Ostateczne wyjście Natsuo Kirino, Bękart ze Stambułu Elif Safak, Hamida z zaułka Midakk Nadżiba Mahfuza i kilka innych. Może dojdą przed urlopem...

 

 

Oj potrzebuję w tym roku wakacji! Pracuję jak szalona, mam ostatnio mnóstwo nowych wyzwań, byłam nawet na kursie zarządzania zasobami ludzkimi. Tak to się chyba przynajmniej  okrutnie nazywa w fachowym języku, bo sam kurs  całkiem mądry i pozytywny. Teraz to już na pewno dostanę tytuł Menadżera Roku, a moi podopieczni wreszcie zaczną mnie uwielbiać. A potem się obudzę.

Wspominając o pracy, muszę powiedzieć jedną rzecz: nie ma to jak pracować w firmie pełnej obcokrajowców w czasie piłkarskiego mundialu. Szczególnie we Włoszech. Szczególnie, jeżeli właśnie jest się odpowiedzialnym za projekt związany z RPA! Szef szefów udostępnił nam na czas mistrzostw salę telewizyjną.  Na ścianach zawisły flagi narodowe, w kuchni wielka tabela z wynikami meczów. Najzabawniej jest oglądać reakcje kibiców: załamanych Niemców przegrywających z Serbią i żartującego sobie z nich całego biura, albo Argentynki odbierającej co chwila rozgorączkowane telefony od mamy z Buenos Aires w czasie meczu z Koreą Południową. Albo te emocje i niedowierzanie (i totalny zastój w pracy, na który nikt nie zwrócił uwagi), kiedy odpadała Italia.

Co poza pracą? A no skończyłam kurs fotografii  i już nie mogę się doczekać kolejnego. Kupiłam sobie buty na obcasach, które są wygodniejsze niż ortopedyczne Birkenstocki. Wybieram się na koncert Norah Jones w ramach Milano Jazzin Festival. Ach, byłam też na weselu z charakterem: panna młoda tuż przed ślubem ścięła zupełnie włosy, wystąpiła bez makijażu, za to w sukni z lat 50 i ogromnym kapeluszu. Nie było rzucania bukietem, ani siedmiopiętrowego tortu, a miejsce przyjęcia było bajecznie pięknie (zerknijcie poniżej). Całe szczęście, że spóźniliśmy się tylko godzinkę.

 

 

A jak tam Wasze plany na lato? Tym, którzy już siedzą na walizkach, życzę solidnego wypoczynku. A tym, którzy, tak jak ja, jeszcze muszą trochę wytrzymać, dedykuję ten, mam nadzieję, optymistyczny, wakacyjny wpis.

21:29, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (21) »
środa, 09 czerwca 2010

Witajcie na trzylatku czyli czego jeszcze nie wiecie o blogu  Latającej Pyzy i wcale nie jestem przekonana, że chcielibyście wiedzieć,  ale i tak Wam to wyznam:

1. Pierwszy bodziec do założenia bloga dała mi nijaka Carrie Bradshaw, która wieczorami odpalała swojego luksusowego Maca w swoim nowojorskim apartamencie  i  przy lampce czerwonego wina pisała artykuły  pełne bardzo głębokich myśli o kobietach, związkach i życiu w ogóle. Też tak chciałam!

2. Moja rzeczywistość okazała się mniej wykwintna. Pisząc blogowe posty rozwalam się na kanapie w pozycji półleżącej, stawiam przed sobą laptopa i zaczynam drążyć temat. W międzyczasie zazwyczaj oglądam też telewizję, słucham radia i co jakiś czas sprawdzam stan lodówki. Następnie stwierdzam, że może zacznę od wybrania zdjęć do postu. I tak uciekają godziny, zanim coś nowego pojawi się na jużtrzylatku.

3. Większość wpisów z pierwszego roku najchętniej bym skasowała. Są przerażające! I bardzo Was proszę, nie sprawdzajcie ich teraz. Naprawdę niewiele straciliście. Za to bardzo lubię wpisy z 2008 roku. Ciągle wywołują uśmiech na mojej twarzy. Grunt to najgłośniej śmiać się z własnych dowcipów, co nie?

4. Po trzech latach dalej nie wiem, ile gotuje się  pyzy drożdżowe z truskawkami i ile kalorii mają kluski śląskie. Ciągle nie posiadam informacji gdzie kupić magiczną, latajacą miotłę ani ile kosztuje namalowanie na ścianie Ostatniej Wieczerzy. Nie bardzo pomogę też paniom, które zastanawiają się jak się pozbyć z domu dorosłego syna, który nie dokłada się do utrzymania mieszkania. Biletów na koncert Sandry i Modern Talking w Czechach też nie posiadam. A takich właśnie informacji szukają internauci, którzy wpadają przelotem na mój blog.

5. Na pewno za to  to, czego szukają, znajdują tutaj amatorzy karnawału w Wenecji, mediolańskiej Ostatniej Wieczerzy i interesujący się Fabrizo Coroną i pewną Latającą Pyzą. I ci, którzy pytają filozoficznie, co jest kiczem, a co sztuką. To najpopularniejsze słowa kluczowe, po których nitce dociera się do mojego bloga.

6. Najwięcej osób wchodzi na moją stronę oczywiście z Polski, a potem z Wielkiej Brytanii, Niemiec i Włoch (ciekawe kto! ). Chlubię się też bardzo wizytami z Islandii.  Intrygują mnie odwiedziny z Iranu (nie daj, Boże, służba bezpieczeństwa). Co mnie niezwykle cieszy, to fakt, że  prawie 60% z Was używa Firefoxa do przeglądania stron internetowych. Prawdziwi ludzie postępu z Was!

A żeby dowiedzieć się o Was jeszcze więcej, bo o mnie już wiecie aż za dużo, przygotowałam króciutką ankietę. No nie dajcie się prosić! Solenizantce się nie odmawia!

 

Update: Dziękuję wszystkim za wypełnienie ankiety! Nie wiedziałam, że mam tak wielu, stałych czytelników, z których większość chyba nigdy się nie ujawniła. Najbardziej zdziwiło mnie to, że większość z Was nie prowadzi bloga! Byłam przekonana, że mimo wszystko głównie odwiedzają mnie blogerzy. Teraz dopiero przyszły mi do głowy kolejne dwa pytania, które chciałabym Wam zadać: czy komentujecie mój blog i jak go znaleźliście. Może za rok pokuszę się o kolejną ankietę? Tymczasem biorę sobie do serca wszystkie Wasze odpowiedzi i sugestie. Dziękuję!

Tutaj znajdziecie pełną analizę wyników.

22:12, latajaca_pyza , Osobiste
Link Komentarze (31) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 6