Kategorie: Wszystkie | Filmy | Italia | Książki | Muzyka | Osobiste | Podróże | Sztuka
RSS

Podróże

poniedziałek, 25 marca 2013

Samolot podchodzi do lądowania na tokijskim lotnisku Narita. Z okienka widzę, a raczej domyślam się, że to musi byc ona,  ośnieżona góra Fudżi, jeden z symbolów Japonii. Siedzący obok mnie japoński student, który ku mojemy zdziwieniu towarzyszył mi rozmową w czasie całego lotu rzuca do mnie uśmiechnięte Welcome to Japan!

 

 

 

Pierwsze wrażenie, które utrzymuje się już do końca podróży, to poczucie bycia niewidzialną. Ogromny kontrast kulturowy, szczególnie dla mnie, która przyjeżdża z Włoch, gdzie kontakt wzrokowy jest czymś naturalnym i znaczącym. W Japonii nikt na mnie nie zwraca uwagi, nikt się nie uśmiecha, nie zerka dyskretnie. A przecież jestem samotnie podróżującą Europejką, trochę wyższą od przeciętnego Japończyka, no i mam ten gigantyczny plecak!

Ale nie! Jest jednak jedna osoba, która mnie zauważa, wręcz na mnie czeka. I to w nieprzypadkowym miejscu, ale w najpopularniejszym miejscu spotkań tokijskich nastolatków - na słynnym skrzyżowaniu Shibuya, przy malutkim pomniku psa o wielkim sercu Haichikō. To Chihiro, która od niedawna mieszka w Tokio i która będzie moim cudownym przewodnikiem po stolicy Japonii. 

 

 

 

Razem pijemy zieloną herbatę z prażonym ryżem z ceramicznych kubeczków, jeździmy rowerami po dzielnicy Harajuku i parku Yoyogi, podglądamy tradycyjne śluby w świątyniach shinto, robimy zdjęcia fascynującym nas mieszkańcom miasta, a wieczorem zdzieramy gardła w klubie karaoke, rozbijamy bank w salonach gier i robimy słodziutkie zdjęcia w budkach purikury. Nie mówiąc nawet o tokijskich restauracjach i barach, w których wizyty przynoszą niezapomniane smaki, zapachy i... znajomości.

 

 

 

 

Tokio to też wizyta w krainie bajek Hayao Miyazaki'ego, w czasie której uśmiech nie schodzi mi z twarzy nawet przez moment. Muzeum Ghibli to obowiązkowy przystanek dla wszystkich, którzy kochają Totoro i Ponyo. Ale to miasto to również spotkania służbowe, które pozwalają mi przyjrzeć się z bliska osławionemu światu japońskiego biznesu. To zaskakujące sytuacje, jak ta ze starszą panią, która zagadaje nas w metrze i płynnym angielskim (o co nie łatwo wśród Japończyków!) opowiada nam o swoich podróżach i rodzinie.

 

 

Tokio to tygiel subkultur, mieszanka finezji i kiczu, nowoczesności i tradycji. To kolory, smaki, zapachy, dźwięki. Robię setki zdjęć, stoję przez godzinę na skrzyżowaniu Shibuya zafascynowana dynamiką tego miejsca, ciągle coś mnie zaskakuje i ciągle coś odkrywam. A to, że zielona herbata w plastikowych butelkach sprzedawana w przydrożnych automatach jest ciepła, a to, że tokijscy taksówkarze noszą białe rękawiczki, a na stacji kolejowej z głośników leci muzyka Sakamoto. Nie udaje się mi nasycić wystarczająco tą fascynującą mieszanką, a już siedzę w pociągu shinkansen i ruszam dalej. Kolejne etapy mojej podróży to Takayama, Kanazawa, Kioto i Nara...

 

 Listopad 2012

Tagi: Japonia tokio
23:08, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (41) »
środa, 18 stycznia 2012

Choć robię to chyba dość często, nie przepadam za lataniem samolotem. Nie lubię nie kończącego się czekania, przepychania, upychania bagaży, rozgadanych i wystraszonych pasażerów, klaskających Włochów. W czasie lotu zwyczajowo zagłębiam się w książce, w szalu, we własnych myślach. Byle do lądowania. Lubię za to moment wysiadania bo jest zawsze początkiem czegoś nowego.

Tym razem wylądowałam w Rzymie. Choć wielokrotnie latałam już sama, to była chyba moja druga prawdziwa samotna podróż (choć tylko weekendowa) w życiu. Ciekawe doświadczenie wynająć jednoosobowy pokój, samotnie zjeść kolację, iść samej na balet. Nie, żadne tam smutki, gdy trzeba się samemu zorganizować od a do z, nie ma czasu na rozczulanie się. Grunt to idealna organizacja, sprawdzone trasy rzymskich autobusów, adresy galerii, pewny uśmiech i otwartość na przygody i ludzi.

 

Długie, niespieszne spacery po Zatybrzu, wzdłuż rzeki, wśród kolorowych liści jak gdyby to była jesień, bez konkretnej mety, bez pośpiechu, za to w towarzystwie ciepłych promieni słońca.  Wystawa prac Georgii O'Keeffe, która przenosi cię wręcz dosłownie na nowojorskie ulice, zapchana po granice wszelkiego rozsądku zakupowa via dei Condotti oddająca szaleństwo Włochów (i Rosjan) na punkcie mody, zapatrzeni w fontannę di Trevi Japończycy, ekscentryczny Rzymianin z pieskiem, który zaprasza cię na obiad do cudownej trattorii w gettcie serwującej fantastyczne carciofi alla giudia i fettucine cacio pepe e ricotta, balet Dziadek do Orzechów w zupełnie niespodziewanej interpretacji, dzieci zapatrzone w niedzielny teatrzyk z marionetkami... To był na swój sposób przepiękny weekend. Tylko te uporczliwie tłumione myśli, że nie tak miało być...

 

Tagi: Rzym Włochy
21:16, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 12 września 2011

Sycylia jest pachnącą migdałami esencją Italii. Jest samowolnym królestwem zachodów słońca. Oddalona o jeden krok od kontynentalnej Europy i o półtora od Afryki kryje w sobie prastarą mieszankę europejskich i afrykańskich smaków, zapachów, sztuki i historii. W porównaniu z innymi wyspami jest ciągle nieskalana brudną nowoczesnością. Tu ciągle wystarczy wyjść do ogrodu i zerwać z drzewa rozpaloną słońcem cytrynę aby napić się świeżej lemoniady. Tutaj lokalne sklepiki sprzedają pomidory, których zapach można wyczuć z daleka, a lokalna ricotta nadaje sens wyrażeniu rozpływać się w ustach. Tu nawet najbardziej obskurny bar za kwestię honoru uznaje serwowanie najlepszego espresso na świecie.  Zazwyczaj wystarczy podnieść wyżej głowę aby pośród wzgórzy dostrzec starożytną budowlę albo zerknąć w prawo by dostrzec skrawek lazurowego morza. Każde miejsce na Sycylii kryje tajemnicę, magię i niespodziankę w postaci widoku, smaku czy opowieści. Wystarczy wyciągnąć rękę, nastawić uszy i dać się ponieść. Oto moje sycylijskie impresje:

 

Jaśminowa granita

Granita ze słodką brioche to pozycja obowiązkowa na Sycylii i to najlepiej powtórzona kilka razy. Bo spróbować trzeba i tej migdałowej, i pistacjowej, i koniecznie kawowej. A moim odkryciem okazała się zachwycająca granita jaśminowa, cudownie pachnąca, smakująca i orzeźwiająca. Znalazłam ją tylko w jednym miejscu - w pasticcerii Colocchia w Trapani. Najlepsze granity serwują właśnie rodzinne, tradycyjne cukiernie, które stosują stare przepisy, dzięki którym ich desery są delikatne i kremowe.

 

Granita w Trapani

 

Dolina świątyń w Agrigento

Zjawiskowa. To słowo najlepiej do niej pasuje. O zmierzchu dolina wypełnia się intensywnymi zapachami oleandrów, migdałowców i drzewek oliwnych. Spacer wśród doskonale zachowanych i wyeksponowanych wieczorem świątyń to niepowtarzalne przeżycie. Czaru temu miejscu dodają monumentalne rzeźby Igora Mitoraja, które wystawiane są w dolinie do końca listopada. Idealnie wpisują się w krajobraz, ich klasyczna nowoczesność jest idealnym łącznikiem między starożytnymi świątyniami i współczesnymi odwiedzającymi.

Rzeźba Igora Mitoraja na tle świątyni Konkordii

 

 

Targ Ballarò w Palermo

Najstarszy targ w Palermo, po którym spacer to istna przygoda. Nad przekrzykującymi się w lokalnym dialekcie straganiarzami, gigantycznymi głowami mieczników i suszonymi na słońcu pomidorami unosi się prawdziwa, sycylijska dusza. 

 


 Ballarò

 

Busiate al pesto di pistacchi e gamberi

Skręcana pasta charakterystyczna dla regionu Trapani, plus tradycyjne pesto z pistacji i świeże krewetki równa się niebo w gębie. Szczególnie w restauracji Tentazioni di Gusto w Trapani albo w I sapori del val di Noto w Noto. Szlagierowa i równie niebiańska alternatywa dla wegetarian - pasta alla norma ze smażonymi bakłażanami i słoną ricottą. 

 Busiata trapanese

 

Erice

To bajeczne miasteczko na szczycie góry o tej samej nazwie, do którego najlepiej dotrzec kolejką górską z Trapani. Założone w V wieku p.n.e. zachwyca dziś średniowieczną architekturą i zabójczymi widokami na leżące u jej stóp Trapani i Wyspy Egadzkie. Koniecznie trzeba je odwiedzić o zachodzie słońca, pospacerować po Giardino del Balio i spróbować lokalnych arancini z ricottą i pistacjami. Spędziliśmy tam nasz ostatni, sycylijski wieczór.

Erice o zachodzie słońca

 


22:56, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (16) »
czwartek, 11 sierpnia 2011

Sycylia ma kolor kandyzowanej skórki pomarańczy, której barwę przybierają ściany barokowych kościołów o zachodzie słońca. Pachnie mieszanką migdałowych, cytrynowych i oliwnych drzewek. Ulice noszą tutaj nazwy morskich bogiń, via delle sirene, largo delle ninfe. A mieszkańcy mają na twarzach wypisane wiatrem i słoną morską bryzą tysiące niezwykłych historii.

Pozdrowienia z Sycylii przesyła Pyza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

01:28, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (17) »
środa, 06 lipca 2011

Suk w Fezie. Ustawiam się w ogonku po wypłukaną w misce szklankę truskawkowego napoju. eF patrzy na mnie ze zgrozą, ale jakoś nie śmie mnie powstrzymać. Za rogiem znowu przyłączam się do grupki otaczającej starszego pana, który sprzedaje z wielkiego gara zupę z cieciorki. Potrawa jest bez smaku, posypuję ją harisą łapiąc kątem oka rozbawiony wzrok obserwujących mnie dzieciaków. Piekielną próbę przechodzę jednak bohatersko.  Robimy sobie nawet razem zdjęcie.

Zatrzymuję się przy każdym stoisku ze słodyczami, daktylami, orzechami. Przez godzinę wybieram ręcznie malowane talerzyki z fezkiej, najlepszej marokańskiej gliny. Nie negocjuję cen, nie umiem się przełamać i wejść w przypisaną mi rolę. Płacę horendalną cenę za litr wody różanej, która w niczym nie przypomina tej od Robertsa, którą kupuję w drogerii. Ma tak intensywny zapach, że kręci się w głowie, zamknięta w oldskulowej butelce z korkiem i ręcznie wypisaną etykietą jest dla mnie bezcenna. 

Z dnia na dzień zaczynam jednak rozumieć i przyswajać rządzące tutejszym rynkiem zasady. W Marakeszu, gdzie zakończymy naszą tygodniową wyprawę po Maroku będę już wytrawnym negocjatorem cen i postrachem wszystkich taksówkarzy. Tymczasem jednak wielka szkoła negocjacji trwa.

Jesteśmy w tak zwanej nowszej części Fezu. Przyglądam się usypanym w stożki przyprawom, kiedy zagaduje do nas krzątający się w pobliżu młody Marokańczyk. Mówi nieźle po włosku, okazuje się, że mieszkał w Mediolanie. Zaprasza nas na zaplecze swojego sklepu. Wiemy, czym to pachnie, ale rzucamy się w wir przygody. Pierwsze pół godziny to pogaduszki przy dzbanku miętowej herbaty. Potem przenosimy się do przysłowiowej jaskini Ali Baby, pełnej orientalnych dywanów. Rozpoczyna się żmudne oglądanie, wymienianie komplementów, padają pierwsze kwoty, którym towarzyszą grymasy, cmokanie i przewracanie oczami. Ostatecznie wychodzimy z wełnianą narzutą w tradycyjne marokańskie wzory farbowane naturalnymi barwnikami. W cenie zawarta jest też darmowa reklama sklepu na moim blogu. Pech chce, że gubię wizytówkę.

Przebijamy się przez pętle Atlasu Wysokiego, gdzieś między Ourzazate a Marakeszem. Zatrzymujemy się w przydrożnym barze, w którym gości tylko para staruszków w tradycyjnych strojach. Po dziesięciu minutach pojawia się właściciel i przyjmuje nasze zamówienie: kawa i herbata miętowa. Chyba i tak nie ma nic innego w karcie. Wraca z napojami po kolejnym kwadransie i postanawia zrekompensować nam oczekiwanie własnym towarzystwem. Chyba przypadamy mu do gustu bo w pewnym momencie oferuje nam drugą kolejkę kawy i herbaty, zapraszając nas na tyły swojego domu. Nie umiemy odmówić ani jemu ani sobie. Znowu rzucamy się w nieznane.

Jesteśmy w małym pokoju wyłożonym dywanami i kolorowymi poduszkami. Siadamy po turecku, próbujemy orzeszków ziemnych, dyskretnie się rozglądamy po ciemnym pomieszczeniu. Nasz berberyjski gospodarz ma pewnie czterdziestkę, kilka brakujących zębów i spracowane ręce. Opowiada nam, że opiekuje się mieszkającą w górach komuną rozwiedzionych kobiet. Zaprasza nas abyśmy się do niej wybrali - raptem trzy godziny górskim szlakiem. Tymczasem wyciąga ze szkatułek wyrabiane prze nie przedmioty: bogato zdobione bransoletki i tradycyjne sztylety. Ta godzina to wielka lekcja marokańskiej kultury. Uczę się, jak powiedzieć nie, mówiąc tak. Jak odmówić, nie obrażając gospodarza. Jak zbijać cenę, nie urażając sprzedającego. Jak znaleźć kompromis pod presją. I jak w tym wszystkim odnaleźć przyjemność. Wyruszam w dalszą drogę biedniejsza o kilka koszulek, które nasz gospodarz podaruje kobietom i bogatsza o niezwykłe doświadczenie.

Później już jest dużo łatwiej. Po suku w Marakeszu poruszam się z pewnością starej wygi. Instynktownie wyczuwam, gdzie należy negocjować, a gdzie dać sobie spokój. Nie daję się oskubać taksówkarzom, ale chętnie płacę trochę wygórowaną cenę za domowe kuskus. Zaczynam grać zgodnie z zasadami. Rzecz tylko w tym, że te zasady są wyczerpujące. Nie mogę się doczekać powrotu do domu aby kupić sobie kanapkę za z góry ustaloną cenę. Cenę europejskiej kultury, której jestem niewolnikiem.

 

Moje ulubione zdjęcie z Marakeszu

22:12, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (13) »
sobota, 16 kwietnia 2011

Po płycie lotniska w Fezie swobodnie biegają dzieci oczekujące wraz z rodzicami na powracających z zamorskich wojaży krewnych.  Wysiadamy z samolotu, jest pochmurne, wczesne popołudnie. W hali przylotów urzędnicy bacznie obserwowani przez wiszące na ścianie ogromne zdjęcie Muhhamada VI wbijają nam do paszportów pieczątki. Wzrok marokańskiego króla w ciągu najbliższego tygodnia będzie nam towarzyszył wszędzie - na bazarze u sprzedawcy daktyli, w riadzie u wrót Sahary, w berberyjskiej kawiarni pośród górskich serpentyn.

Jedziemy w kierunku medyny. Mijamy pasterza prowadzącego stado owiec, dzieci bawiące się  obklejoną taśmą klejącą piłką, mężczyzn gęsto zapełniających przydrożne bary. Widzę niewiele kobiet, te nieliczne skrzętnie zakrywają włosy kolorowymi chustami. Docieramy do murów nawiększej medyny na świecie, gdzie czeka na nas dziewczyna, która wąskimi uliczkami zaprowadzi nas do naszego riadu. Zanurzając się w marokański labirynt, cofamy się w czasie. Zupełnie nie pasujemy do miejsca, w którym właśnie się znaleźliśmy, ale nikt nie zwraca na nas specjalnej uwagi. Golibroda spokojnie przesuwa naostrzoną brzytwą po policzku swojego klienta, starszy pan zasypia nad górą suszonych moreli podpierając brodę pomarszczoną dłonią, kilku mężczyzn namiętnie gra w karty niechętnie odsuwając nogi, kiedy przez souk przebija się obładowany pakunkami osiołek. Cichaczem przechodzimy obok sklepiku z bielizną, którego właściciel uciął sobie drzemkę na podłodze. Zaglądam dyskretnie do warsztatów, w których młodzi chłopcy kroją skóry, przyszywają cekiny czy dłubią w drewnie. Jestem przytłoczona zapachami, gwarem, intensywnością bazaru,  równocześnie jednak to miejsce działa jak narkotyk, przyciąga, fascynuje, otumania.

Docieramy do naszego riadu. Wchodzimy na tradycyjny, marokański dziedziniec zdobiony kolorowymi mozaikami. Z tarasu na dachu domu macha do nas Laurance - Francuzka, która od lat mieszka w Fezie. Wita nas lokalną słodką specjalnością  corne de gazelle i oczywiście herbatą miętową. W Maroku wypijemy jeszcze litry tej lokalnej whisky, jak swój napopularniejszy trunek nazywają w żartach Marokańczycy, będą nią nas częstować w riadach, w sklepach, w domach, tutaj każdą nową znajomość należy przypieczętować pojednaniem nad mosiężnym dzbankiem i małymi szkaneczkami.  Laurance przezornie rysuje nam mapę labiryntu, wyjaśnia  jak dotrzeć i wrócić z  serca medyny. Niestety, kiedy wychodzimy z naszego riadu po raz pierwszy, i tak gubimy się już po 2 minutach.

Pierwsza noc w Maroku. Śpimy wykończeni dniem pełnym wrażeń. Budzi mnie donośny, hipnotyzujący jęk, do którego po kilku sekundach dołączają kolejne. Nasłuchuję lękliwie próbując wyłowić kształtujące się w ciszy słowa. W końcu dociera do mnie wyraźne Allah akbar, allah akbar... To muezini nawołują do pierwszej modlitwy o świcie. Po cichu wychodzę z pokoju i wspinam się wąskimi schodkami na taras, z którego rozchodzi się widok na budzący się powoli, ślniący zielonymi minaretami Fez...

 

Więcej zdjęć jak zawsze na www.obiektywnie.blox.pl

Tagi: Fez Maroko
14:33, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (11) »
czwartek, 03 lutego 2011

Pierwszy wieczór Nowego Roku był zaskakująco ciepły i niczym nie zwiastował mglistej kołdry, jaka miała otulić zaspaną Lizbonę już o świcie. Słabo oświetlonymi uliczkami Alfamy błąkali się nieliczni turyści i mieszkańcy, którzy zdołali już odespać sylwestrową noc. Na skwerze niedaleko Casa do Fado jakaś starsza pani dawała bezpłatny koncert, a na nielicznych ławkach przysiedli zadumani słuchacze. Ciekawe, że każdy z nich wydawał się być samotny, nie dzielił tych ulotnych chwil z drugą osobą. Tak jakby wszyscy mieli w sobie ukryty jakiś smutek, jakąś nostalgię czy stratę, jakieś saudade.

 

 

W A Baiuca pojawiliśmy się punkt o dwudziestej i śmiem twierdzić, że był to jedyny lokal w Alfamie, który tego wieczoru pękał w szwach. Właściwie trudno go nazwać restauracją, przypominał bardziej chatkę lizbońskiego rybaka. Proste ławy, sieci na ścianach, zakurzone butelki wina na półkach.  Rustykalnie, bezpretensjonalnie, tradycyjnie. 30 osób siedziało ściśnięte jak te przysłowiowe portugalskie sardynki w puszce. Po lewej miałam jakiegoś kręcącego nosem Hiszpana, z którym do końca wieczora nie zamieniłam ani słowa, a po prawej łokcie obijałam z przezabawnym Rzymianinem, który na codzień mieszka w Chinach i z którym  już po kilkunastu minutach wzajemnego sondowania się wygłupialiśmy się, jakbyśmy się znali od lat. Na przeciw mnie siedział przytłoczony żeńskimi odpowiednikami moich partnerów eF.

Po chaotycznej akcji składania prostych zamówień z nabazgranego długopisem menu za moimi plecami usadowili się dwaj gitarzyści, którzy zaczęli wprowadzać nas w nastrój wieczoru poświęconego muzyce fado. A Baiuca specjalizuje się, choć może nie jest to najlepsze określenie w tym przypadku, w  fado vadio', czyli fado włóczęgów, fado z ulicy, odmiennym od tego, które króluje w tradycyjnych, profesjonalnych wielkich domach muzyki i klubach. To fado amatorskie, w którym można usłyszeć kilka fałszywych nut, ale również wyłowić barwne, autentyczne uczucia i sieć perełek. Fado vadio' jest znacznie bardziej emocjonalne, prawdziwe niż to profesjonalne bo śpiewane z potrzeby serca, duszy, a przede wszystkim chwili.

Kiedy my smakowaliśmy podane na przystawkę aromatyczne sery, oliwki i świeży chleb, przed restauracją zaczęli zbierać się ochotnicy do koncertowania.  Zwyczajnie, wręcz skromnie ubrani, prosto z ulicy, z pracy, ze szkoły, młodzi, starsi, taksówkarze, nauczyciele, emeryci, studenci, gospodynie domowe,  najpierw mężczyźni, potem kobiety. Wchodzili pojedynczo, nie przedstawiali się,  szeptali kilka sekund z muzykami i zaczynali śpiewać. Niektórzy z nieśmiałości przymykali oczy i zamykali się w świecie swoich melodii, inni, bardziej charyzmatyczni, dowcipkowali z gośćmi między kolejnymi utworami.

Kiedy ci zupełnie niepozorni z wyglądu ludzie zaczynali śpiewać oświetleni jedynie przebijającym się przez kolorowe witraże światłem ulicznych latarni, ten malutki lokal nawiedzała magiczna atmosfera. Znikała ciasnota, milknęły sztućce, ludzie słuchali oniemiali,  a  mikroskopijna restauracja  przy rua de San Miguel po brzegi wypełniała jedynie muzyka i głosy śpiewających. Nie rozumieliśmy słów utworów, ale nie trudno było sobie wyobrazić, że wykonawcy śpiewali po prostu o sobie, swoich rozterkach, codziennym życiu. Gwiazdy podwórek, nieoszlifowane diamenty, samorodne talenty...

Zupełnie niespodziewanie podczas jednego z ostatnich utworów wykonywanych przez lokalną Amalię Rodriguez dołączył drugi głos. Wszyscy odwróciliśmy głowy w kierunku drzwi, spodziewając się, że  w ostatniej chwili wpadła jeszcze jedna muzyczna dusza spragniona koncertowania. Ale pomyliliśmy się! Przy wejściu nie było nikogo! Głos dochodził spomiędzy stolików, między którymi lawirowała kelnerka. To ona swoim potężnym jak dzwon głosem wtórowała głównej wykonawczyni. Na tym jednak niespodziankom nie było końca. Nagle usłyszeliśmy trzeci głos, jeszcze pięknieszy i szlachetniejszy od poprzednich. Podekscytowani rozglądaliśmy się po sali uświadomiając sobie, że ta melodia rodziła się w kuchni! Po chwili głos zaczął nabierać mocy i się do nas przybliżać. Naszym oczom ukazała się gwiazda wieczoru, odziana w biały fartuch i  kuchenną czapkę - kucharka. Przyznam, że z trudem przypominam sobie, co nam zaserwowała do jedzenia tej niezwykłej nocy, na pewno jednak nigdy nie zapomnę, jakie emocje wywołała swoim śpiewem.

Kolacja skończyła się tradycyjnym musem czekoladowym tuż po północy. Te cztery godziny upłynęły w niepowtarzalnej atmosferze i towarzystwie. To z pewnością jeden z najbardziej emocjonujących i oryginalnych wieczorów, jakich miałam okazję doświadczyć. Jego największą wartością była chyba prostota i bezpretensjonalność. Nawet jeżeli mimo wszystko było to turystyczne miejsce, to życzyłabym sobie więcej tak oryginalnych inicjatyw. Fantastyczny lokal, magiczna muzyka, jedzenie też, zdaje się, nie było najgorsze. Jeżeli kiedyś będziecie jeszcze w Lizbonie, zajrzyjcie do A Baiuca. Nigdy nie wiadomo, kto oprócz was zjawi się tam tego wieczoru...

 

 

 


piątek, 07 stycznia 2011

Do Lizbony udało się nam dotrzeć dopiero za drugim podejściem i to zaledwie na kilka godzin przed końcem 2010. Sylwestrowy wieczór upłynął nam spokojnie na kolacji w małej knajpce i spacerach w dzielnicy Bairro Alto, która słynie z nocnego życia. Nie uraczyłam jednak legendarnych tłumów młodych ludzi, którzy w Bairro Alto imprezują zazwyczaj przed barami, a nie w  ich wnętrzach. Pewnie zatrzymały ich w domach te straszne zimowe temperatury - w końcu było jedynie 15 stopni na plusie. Lizbona w tych dniach wydała się mi wyjątkowo opustoszała i senna.  Puste były uliczki Bairro Alto czy Alfamy, puste było metro, sklepy pozamykane,  tylko w cukierni w Belém tłumy zajadały się lokalnymi słodyczami. Ale po kolei.

 

Tramwajowa winda w kierunku położonej na wzgórzu dzielnicy Bairro Alto

 


Wieczór sylwestrowy w Bairro Alto. Spokojnie, prawda?

 

Nowy Rok rozpoczęliśmy śniadaniem  w parku Jardim da Estrela, w kawiarni otoczonej jeziorkami pełnymi ptactwa. W południe temperatura osiągnęła 18 stopni, a przez gęste  chmury przebijały się promienie słońca. Jak na styczeń, przyznacie, doskonałe warunki do siedzenia w parku. Po raz pierwszy i nie ostatni spróbowaliśmy portugalskiego espresso bica, które od razu zdobyło uznanie eF (o co bardzo trudno w jego przypadku - ci Włosi...) i ruszyliśmy dalej.

Nie bez przypadku za początek naszej Lisbon Story wybrałam okolice placu da Estrela. To właśnie stąd rusza tramwaj legendarnej linii 28, która przejeżdża przez najbardziej malownicze zakątki Lizbony, pnąc się po stromych i wąskich uliczkach najstarszych dzielnic miasta. Nie raz przejeżdża tak blisko murów, że można zajrzeć komuś do domu albo ściągnąć wiszące w oknie pranie. Albo powiesić swoje.

 

Najstarsze tramwaje w Lizbonie pochodzą z 1910 roku.


Tramwaje nie zawsze są żółte - często obklejone są kolorowymi reklamami.

 

No właśnie, oprócz starych, żółtych tramwajów wiszące w oknach pranie to chyba najbardziej kuriozalna i równocześnie fascynująca cecha starej Lizbony. W lekko powiewającej na wietrze  bieliźnie  ukryta jest jakaś apoteoza prostoty, jakaś amatorska poezja przysłonięta  prozaicznym życiem. Może czyni to światło, które przebija przez suszącą się bawełnę, a może kolory, które ożywiają szare mury, a może zapach świeżego prania, który roznosi wiatr. Jest w tym praniu coś fascynującego, nie bez powodu uwielbiam je fotografować. Nagłówkowaliśmy się nad tym lizbońskim fenomenem  z eF. Zaskakujące było zobaczyć tyle sznurów z praniem w zimie, przy mało słonecznej pogodzie, w pobliżu głównych skrzyżowań. Widocznie Lizbończycy nie mają kaloryferów ani suszarni, za to strasznie dużo piorą.

 

Dzielnica Alfama

 

Dzielnica Alfama (Sant Apolonia)

 

Z tramwaju 28 wyskoczyliśmy na wysokości punktu widokowego przy zamku Sao Jorge, skąd roztaczała się przepiękna panorama na całe miasto. Stąd rozpoczęliśmy spacer  w dół w kierunku rzeki Tag. Uliczki najstarszej dzielnicy Lizbony Alfamy są jedyne w swoim rodzaju. Zamieszkane kiedyś głównie przez rybaków, cudem nietknięte w czasie słynnego trzęsienia ziemi w osiemnastym wieku,  dziś odrapane, o spłowiałych kolorach mają niepowtarzalne piękno i światło.

 

 

 

W ukrytych zaułkach, gdzie ściany ciągle wyłożone są niebieskimi azulejos kryją się rodzinne restauracje, do których jedynym sposobem na dotarcie jest kierowanie się zapachem grillowanych sardynek. Niezwykle proste w wystroju,  serwują tradycyjne rybne dania, głównie na bazie sardynek i dorsza. W jednej z nich zatrzymaliśmy się na lunch (Calçada di São Vicente 25 albo obok). Prowadzona była przez trzy starsze panie, które nie dysponowały ani menu, ani znajmością angielskiego, a jedynie  doskonałymi umiejętnościami kulinarnymi. Ich mus z mango wyciągnięty na koniec obiadu ze zwyczajnej lodówki stojącej w rogu restauracji był wyśmienity! Początkowo mieliśmy zamiar wrócić tam jeszcze raz na wieczorną kolację, która zakończona miała być koncertem muzyki fado. Ale po południu zarezerwowaliśmy stolik w innym miejscu, które miałam na tajemnej liście miejsc wartych odwiedzenia w Alfamie. Nie wiem, jak udał się wieczór u trzech pań, ale na pewno nasz nie był gorszy. Ba, śmiem twierdzić, że nie miał sobie równych! Kolacja w A Baiuca okazała się jednym z najbardziej niesamowitych wieczorów w moim życiu. Ale o tym następnym razem...

 

A tymczasem, jeżeli macie ochotę na więcej zdjęć, zapraszam na mój drugi blog.

poniedziałek, 15 listopada 2010

Przyznam, że znacznie bardziej niż rzymskich zabytków ciekawa byłam  samego miasta i jego mieszkańców. I nie chodziło mi po prostu o włoskość, która jest już dla mnie codziennością, ale o specyficzną rzymskość, o której tyle się nasłuchałam: żywiołowy sposób bycia południowych Włochów (tak różnych od powściągliwych Mediolańczyków), ich charakterystyczny akcent, kuchnię i całe mnóstwo innych legend. Starałam się chłonąć  miasto wszystkimi zmysłami, podsłuchiwać rozmowy, obserwować zwyczajnych ludzi, ale to wszystko za mało. Już wiem, że do Rzymu wrócę jeszcze raz, omijając klasyczne szlaki turystyczne, będę szwędać się poza centrum i pić kawę w przeciętnych barach. Wtedy dopiero będę mogła naprawdę powiedzieć, że byłam w Rzymie. Na razie opowiem Wam  o tych rzymskich mitach, które już udało się mi zweryfikować.

Ruch

Rzym przywitał nas pochmurnym niebem i niemiłosiernie zaśmieconymi poboczami dróg prowadzących z lotniska. Dodam, zakorkowanych dróg.  Tym samym potwierdziła się pierwsza legenda:  komunikacja drogowa w Rzymie to koszmar. O ile metro działa bez zarzutu (gdyby tylko nie było tak ciemne i brudne!),  o tyle komunikacja naziemna okazała się dla nas problemem. Autobusy jeżdżą bez sprecyzowanego rozkładu jazdy, mieszkańcy sprawiają wrażenie, jakby nigdy nie używali środków komunikacji miejskiej bo nie potrafili nam udzielić najprostszych wskazówek. Szczytem był pan pracujący w kiosku przy zejściu do metra, który nie wiedział czy jeździ tam linia czerwona czy niebieska.  Choć przyzwyczajona jestem do włoskiego chaosu na drogach, zaskoczył mnie brak świateł przy przejściach dla pieszych na ogromnych skrzyżowaniach. Szybko jednak zrozumiałam, że rzymscy kierowcy i tak nie zwracają uwagi na zielone światło dla pieszych, ba, trąbią na nich, kiedy  ci przechodzą przez jezdnię. Nie warto więc instalować sygnalizacji...

Kuchnia

Wyruszyliśmy zaopatrzeni w listę barów i restauracji przygotowaną przez rzymskich znajomych mieszkających w Mediolanie. Okazała się cudownym urozmaiceniem naszych wędrówek i okazją do poznania miejsc, w których bywają mieszkańcy. I tak na  mityczną, kawową granitę z bitą śmietaną wpadliśmy do Tazza d'Oro przy Panteonie, a na najlepsze espresso w mieście do baru na piazza Eustachio. Na lekki lunch najlepiej nadawała się enoteca Cul De Sac na piazza Pasquino, tuż przy piazza Navona, gdzie niezwykle trudno było o stolik. A na typową rzymską kolację wybraliśmy się do osterii (albo z rzymskiego hostarii) Da Enzo przy via Ostiense, gdzie w menu znajdziecie typowe dania cucina romana: spaghetti alla carbonara, bucatini all'amatriciana, vermicelli cacio e pepe. Niestety nie udało się mi spróbować rzymskich karczochów. Ot, jeszcze jeden powód by wrócić do Rzymu. Legendę o boskich smakach lokalnej kuchni jednak już uznaję za potwierdzoną. I znowu zgłodniałam...

Język

Potwierdziło się też, że rzymski dialekt jest dla mnie prawie niezrozumiały. Musiałam się porządnie wsłuchiwać w melodię języka, aby zrozumieć starszych panów przekrzykujących się na środku ulicy. Ale ta melodia mnie fascynuje, nie mogą się nasłuchać tych wszystkich aho i ei.  I jeszcze jedno jest pewne - Rzymianie są znacznie bardziej gadatliwi niż Mediolańczycy. I mimo tej całej  chaotycznej otoczki (jak to możliwe, że ten Rzym jeszcze stoi ?!) znacznie bardziej sympatyczni.  Choć nie rozstrzygnęłam jeszcze, czy byłabym w stanie mieszkać w tym mieście. Obawiam się, że na dłuższą metę rzymski styl życia by mnie pokonał. Chyba wolę trochę szwajcarskich w sposobie bycia Mediolańczyków.

Już postanowione. W przyszłym roku na pewno wrócę do Rzymu. Muszę zajrzeć do żydowskiej dzielnicy, policzyć kłódki na moście Milvio, spróbować karczochów alla romana, pobuszować w sklepikach w okolicach piazza Navona i pospacerować po Zatybrzu. Dziękuję Wam za wszystkie sugestie, jakie dostałam w mailach i proszę o więcej. Gdzie jeszcze muszę się zjawić, gdzie i co zjeść? Piszcie!

 

 

 

 

 

Tagi: Rzym Włochy
22:20, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (25) »
poniedziałek, 01 listopada 2010

Wszystkie drogi prowadzą do Rzymu, niektóre tylko są bardziej kręte. Czasami wcześniej dojeżdża się do tak egzotycznych zakątków jak Hawana czy Reykjavik, ale koniec końców  do Wiecznego Miasta docierają wszycy zapaleni podróżnicy. Do szczęściarzy, którzy widzieli Rzym i teraz mogą już spokojnie umrzeć, wreszcie dołączyłam i ja. Koloseum, Bazylika św. Piotra, fontanna di Trevi, Schody Hiszpańskie, Forum Romanum, Usta Prawdy... Ach... Tym bajecznym szlakiem podróżowałam przez trzy dni,  a ze mną tysiące innych szczęściarzy z całego świata. Nie sposób było nie dzielić z nimi tych wszystkich wzniosłych chwil, ot byłby to czysty egoizm,  postanowiłam więc uznać ich za dodatkową atrakcję turystyczną, przyglądać się im równie uważnie co zwiedzanym obiektom, a wielu z nich uczynić nawet bohaterami  swoich zdjęć na równi z Markiem Aureliuszem.

 

Forum Romanum

 

Watykan


Fontanna di Trevi


Turyści do kuriozalny gatunek, który charakteryzuje się takimi samymi przyzwyczajeniami niezależnie od zakątka świata, z którego pochodzi. Na przykład zakaz robienia zdjęć i głośnych rozmów nigdy nie dotyczy akurat ich, tylko tych państwa obok. Jeżeli jesteś przy fontannie di Trevi, musisz sobie obowiązkowo zrobić zdjęcie z wyciągniętą prawą ręką, która wrzuca do wody monetę. Jeżeli jesteś przy Ustach Prawdy, musisz włożyć do nich dłoń i odegrać scenkę z Rzymskich Wakacji nawet za cenę półgodzinnego stania w kolejce. No właśnie, stanie w kolejkach też zresztą należy do kuriozalnego sposobu celebrowania rzymskich wycieczek. Bo co to byłaby za wyprawa, gdyby tak wejść do Koloseum czy na Palatyn z pominięciem stumetrowego wężyka. Bilety kupione w internecie są najwidoczniej dla cienkich graczy.  Cały czas zastanawiało mnie również, jak wychodzą zdjęcia robione w przelocie z objazdowych autokarów, których dziesiątki krążą po Rzymie.  I co jest fascynującego w autoportrecie z sufitem w Bazylice św. Piotra albo palcem jakiegoś świętego. Ale największym curiosum romanum, jakie dane mi było dostrzec była para turystów, którzy robili sobie zdjęcie na tle Forum Romanum z pozłacaną, nieruchomą... mumią.  Świat się kończy, ale Rzym jest wieczny. Nie takie dziwy już widział,  jeszcze długo postoi...

 

Fontanna di Trevi


Forum Romanum


Forum Romanum

 

To pisałam ja, Pyza. W Rzymie byłam, fotkę z Koloseum w tle też sobie zrobiłam.

Tagi: Rzym Włochy
21:23, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (12) »
 
1 , 2 , 3