Wpisy z tagiem: Włochy

niedziela, 12 lutego 2012

Początkowo Mediolan wydawał się mi pozbawiony włoskiej duszy, za którą tak wielu obcokrajowców kocha Italię. Równocześnie drażniła mnie jego udawana europejskość, podkreślanie swojej światowości, której brak zawsze obnażały typowe włoskie przyzwyczajenia. Długo nie umieliśmy się dogadać. Dopiero po kilku latach zaczęłam doceniać szczególny charakter tego miasta. Jest włoskie i światowe w idealnych teraz dla mnie proporcjach, a co ważniejsze, to miasto ambitne, które stawia sobie konkretne cele i je konsekwentnie realizuje. I fajnie być tego świadkiem każdego dnia, kibicować planom i na własne oczy dostrzegać zmiany. Szczególnie od kiedy burmistrzem został Giuliano Pisapia (pisałam o tym w czerwcu).  Pierwsze z brzegu przykłady: w styczniu rozszerzono strefę ograniczonego ruchu i właściwie z dnia na dzień ruch w centrum miasta zmniejszył się o 40%, a od lutego ma się pojawić 1200 bezpłatnych punktów wi-fi. 

Mediolan to nie jest najłatwiejsze miasto do mieszkania, daleko mu ciągle  chociażby do geograficznie bliskiego Zurichu, ale prze ciągle do przodu. Rozbudowywana jest linia metra (która według mnie i tak jest już dobrze rozwinięta), od kilku lat istnieje sieć bike sharingu BikeMi, doskonale funkcjonują dwa pobliskie lotniska. To włoskie centrum mody (za tydzień rusza Milano Fashion Week), designu (najważniejsze wydarzenia Salone del Mobile i Fuori Salone odbywa się zawsze wczesną wiosną),  oczywiście piłki nożnej (AC Milan jest na szczycie klasyfikacji Serie A) i muzyki (Hasło La Scala mówi wszystko!). Mediolan to miasto Leonardo da Vinci, który właśnie tutaj namalował Ostatnią Wieczerzę (pamiętajcie, że jeżeli chcecie ją zobaczyć odwiedzając Milano, musicie zamówić bilety z kilkumiesięcznym wyprzedzeniem), ale niestety i Silvio Berlusconiego.

O Mediolanie często wspominam w swoich postach, ale chyba nigdy jeszcze to miasto nie było głównym bohaterem wpisu. Dziś trochę przypadkowa lista rzeczy, za które Milano lubię. W przyszłości może wpisy lepiej skategoryzowane o lokalnej kuchni, ciekawostkach turystycznych, zakupach i sztuce.

 

Luini Legendarna już piekarnia serwująca najlepsze w Mediolanie panzerotti nadziewane rozpływającą się w ustach mozzarellą i sosem pomidorowym. Niech was nie zniechęci długaśna kolejka przed wejściem, posuwa się szybko, a naprawdę warto poświęcić tych kilka minut aby na chwilę znaleźć się w kulinarnym niebie.

Gdzie? tuż przy Duomo, via S. Radegonda 16

 

Cioccolati Italiani Po solidnym posiłku każdy szanujący się Włoch musi spożyć porządne espresso. A jeżeli właśnie jesteście przy Luini, to macie szczęście, bo na przeciwko niedawno otwarto nową filię fantastycznej sieci Cioccolati Italiani (posiadają 3 lokale, w tym dwa w Mediolanie), która sprawi, że zrozumiecie, dlaczego Włosi uważają się za kulinarnych geniuszy. Espresso z gorącą czekoladą i orzechami laskowymi czy różane lody z płatkami białej czekolady mówią wszystko.

Gdzie? przy Duomo, via San Raffaele 6, albo w pobliżu Colonne di San Lorenzo, via De Amicis 25. 

 

Triennale Muzeum designu, w którym zawsze odbywa się kilka wystaw, a do tego fantastyczna księgarnia pełna książek o architekturze i sztuce. W ciągu dnia warto też posilić się w tutejszej kawiarni, której wystrój jak i podawane dania idą w parze z konceptem muzeum. A latem koniecznie zatrzymajcie się na aperitivo w ogrodzie na tyłach muzeum, wśród zieleni Parco Sempione, wszystko wysmakowane estetycznie, ale pozbawione snobizmu.

Gdzie? tuż przy Castello i Parco Sempione, viale Alemagna 6

 

Lo Spritz Jeżeli już zdecydowaliście się na aperitivo, zamówcie koniecznie lo Spritz, koktail charakterystyczny dla północnych Włoch, molto milanese. Ile barów, tyle jego wersji, ale najlepszy to ten na bazie prosecco z dodatkiem Aperolu lub Campari i odrobiny wody sodowej.  

Gdzie? w każdym barze, nawet jeżeli nie znajduje się w menu!

 

Pomarańczowe tramwaje Po Mediolanie krąży kilka typów tramwajów, ale najfajniejsze są te najstarsze (na przykład numer 2, którym codziennie dojeżdżam do pracy). Do złudzenia przypominają te z Lizbony, mają często tylko dwie ławy ustawione wzdłuż długości tramwaju i okropnie hałasują. Ciekawostką jest tram ATMosfera, który jest jeżdżącą najbardziej widokową trasą... restauracją.

Gdzie? Wszędzie, na przykład spod Duomo możecie złapać "14" aby dojechać w okolice Colonne di San Lorenzo i Naviglio Grande


Okolice Naviglio Grande  Mediolan to nie Amsterdam, ale swoje kanały, po których swego czasu odbywała się  żegluga, ma. Najpięknieszy to fragment Naviglio Grande, wzdłuż którego powstało moje ulubione miejsce w Mediolanie pełne restauracji (włoskich, tylko włoskich), barów, antykwariatów, sklepów vintage. W podwórkach ukryte są sklepiki młodych projektantów i warsztaty mediolańskich malarzy. Tłoczno tu tylko wieczorami i w czasie targu staroci, który odbywa się raz w miesiącu. Zazwyczaj to cudownie spokojne miejsce, które funduje gratis przepiękne zachody słońca. A wzdłuż kanału można jechać i jechać, hen za miasto.

Gdzie? Okolice Porta Genova (zielona linia metra)

 

Libraccio Sieć anykwariatów (mój ulubiony znajduje się właśnie wzdłuż Naviglio), gdzie co jakiś czas udaje się mi wyłowić fantastyczne perełki w postaci albumów fotografii czy malarstwa. Tu często znajduję też pięknie wydane książki dla dzieci, które, jak zdałam sobie  niedawno sprawę, kolekcjonuję.

Gdzie? Na przykład róg via Corsico i Alzaia di Naviglio Grande

 

Uświadamiam sobie właśnie, że właściwie nie mam zdjęć Mediolanu. Jakoś nigdy nie przyszło mi do głowy, żeby robić zdjęcia... w domu. Ale to się zmieni. Do następnego wpisu! 

15:01, latajaca_pyza , Italia
Link Komentarze (34) »
środa, 18 stycznia 2012

Choć robię to chyba dość często, nie przepadam za lataniem samolotem. Nie lubię nie kończącego się czekania, przepychania, upychania bagaży, rozgadanych i wystraszonych pasażerów, klaskających Włochów. W czasie lotu zwyczajowo zagłębiam się w książce, w szalu, we własnych myślach. Byle do lądowania. Lubię za to moment wysiadania bo jest zawsze początkiem czegoś nowego.

Tym razem wylądowałam w Rzymie. Choć wielokrotnie latałam już sama, to była chyba moja druga prawdziwa samotna podróż (choć tylko weekendowa) w życiu. Ciekawe doświadczenie wynająć jednoosobowy pokój, samotnie zjeść kolację, iść samej na balet. Nie, żadne tam smutki, gdy trzeba się samemu zorganizować od a do z, nie ma czasu na rozczulanie się. Grunt to idealna organizacja, sprawdzone trasy rzymskich autobusów, adresy galerii, pewny uśmiech i otwartość na przygody i ludzi.

 

Długie, niespieszne spacery po Zatybrzu, wzdłuż rzeki, wśród kolorowych liści jak gdyby to była jesień, bez konkretnej mety, bez pośpiechu, za to w towarzystwie ciepłych promieni słońca.  Wystawa prac Georgii O'Keeffe, która przenosi cię wręcz dosłownie na nowojorskie ulice, zapchana po granice wszelkiego rozsądku zakupowa via dei Condotti oddająca szaleństwo Włochów (i Rosjan) na punkcie mody, zapatrzeni w fontannę di Trevi Japończycy, ekscentryczny Rzymianin z pieskiem, który zaprasza cię na obiad do cudownej trattorii w gettcie serwującej fantastyczne carciofi alla giudia i fettucine cacio pepe e ricotta, balet Dziadek do Orzechów w zupełnie niespodziewanej interpretacji, dzieci zapatrzone w niedzielny teatrzyk z marionetkami... To był na swój sposób przepiękny weekend. Tylko te uporczliwie tłumione myśli, że nie tak miało być...

 

Tagi: Rzym Włochy
21:16, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (24) »
poniedziałek, 12 września 2011

Sycylia jest pachnącą migdałami esencją Italii. Jest samowolnym królestwem zachodów słońca. Oddalona o jeden krok od kontynentalnej Europy i o półtora od Afryki kryje w sobie prastarą mieszankę europejskich i afrykańskich smaków, zapachów, sztuki i historii. W porównaniu z innymi wyspami jest ciągle nieskalana brudną nowoczesnością. Tu ciągle wystarczy wyjść do ogrodu i zerwać z drzewa rozpaloną słońcem cytrynę aby napić się świeżej lemoniady. Tutaj lokalne sklepiki sprzedają pomidory, których zapach można wyczuć z daleka, a lokalna ricotta nadaje sens wyrażeniu rozpływać się w ustach. Tu nawet najbardziej obskurny bar za kwestię honoru uznaje serwowanie najlepszego espresso na świecie.  Zazwyczaj wystarczy podnieść wyżej głowę aby pośród wzgórzy dostrzec starożytną budowlę albo zerknąć w prawo by dostrzec skrawek lazurowego morza. Każde miejsce na Sycylii kryje tajemnicę, magię i niespodziankę w postaci widoku, smaku czy opowieści. Wystarczy wyciągnąć rękę, nastawić uszy i dać się ponieść. Oto moje sycylijskie impresje:

 

Jaśminowa granita

Granita ze słodką brioche to pozycja obowiązkowa na Sycylii i to najlepiej powtórzona kilka razy. Bo spróbować trzeba i tej migdałowej, i pistacjowej, i koniecznie kawowej. A moim odkryciem okazała się zachwycająca granita jaśminowa, cudownie pachnąca, smakująca i orzeźwiająca. Znalazłam ją tylko w jednym miejscu - w pasticcerii Colocchia w Trapani. Najlepsze granity serwują właśnie rodzinne, tradycyjne cukiernie, które stosują stare przepisy, dzięki którym ich desery są delikatne i kremowe.

 

Granita w Trapani

 

Dolina świątyń w Agrigento

Zjawiskowa. To słowo najlepiej do niej pasuje. O zmierzchu dolina wypełnia się intensywnymi zapachami oleandrów, migdałowców i drzewek oliwnych. Spacer wśród doskonale zachowanych i wyeksponowanych wieczorem świątyń to niepowtarzalne przeżycie. Czaru temu miejscu dodają monumentalne rzeźby Igora Mitoraja, które wystawiane są w dolinie do końca listopada. Idealnie wpisują się w krajobraz, ich klasyczna nowoczesność jest idealnym łącznikiem między starożytnymi świątyniami i współczesnymi odwiedzającymi.

Rzeźba Igora Mitoraja na tle świątyni Konkordii

 

 

Targ Ballarò w Palermo

Najstarszy targ w Palermo, po którym spacer to istna przygoda. Nad przekrzykującymi się w lokalnym dialekcie straganiarzami, gigantycznymi głowami mieczników i suszonymi na słońcu pomidorami unosi się prawdziwa, sycylijska dusza. 

 


 Ballarò

 

Busiate al pesto di pistacchi e gamberi

Skręcana pasta charakterystyczna dla regionu Trapani, plus tradycyjne pesto z pistacji i świeże krewetki równa się niebo w gębie. Szczególnie w restauracji Tentazioni di Gusto w Trapani albo w I sapori del val di Noto w Noto. Szlagierowa i równie niebiańska alternatywa dla wegetarian - pasta alla norma ze smażonymi bakłażanami i słoną ricottą. 

 Busiata trapanese

 

Erice

To bajeczne miasteczko na szczycie góry o tej samej nazwie, do którego najlepiej dotrzec kolejką górską z Trapani. Założone w V wieku p.n.e. zachwyca dziś średniowieczną architekturą i zabójczymi widokami na leżące u jej stóp Trapani i Wyspy Egadzkie. Koniecznie trzeba je odwiedzić o zachodzie słońca, pospacerować po Giardino del Balio i spróbować lokalnych arancini z ricottą i pistacjami. Spędziliśmy tam nasz ostatni, sycylijski wieczór.

Erice o zachodzie słońca

 


22:56, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (16) »
niedziela, 28 sierpnia 2011

Jest tak gorąco, że ciągle nie mam siły na dłuższy wpis o weneckim biennale czy o Sycylii. Pozostając jednak w urlopowej atmosferze, dzielę się z Wami zdjęciami z włoskich wakacji sprzed 60 lat, które na nowo przeglądałam dziś rano i które nie przestają mnie fascynować. 

Dwie Amerykanki samotnie podróżujące po Europie spotykają się we Florencji w 1953 roku. Fotografka Ruth Orkin i malarka Ninalee Craig. Młode, piękne, niezależne, fascynujące. Wpadają na pomysł aby zilustrować zdjęciami niecodzienne sytuacje, jakie przydarzają się im we Włoszech, pokazać Italię swoimi oczami - z punktu widzenia cudzoziemek, turystek, kobiet. Wychodzi fascynująca sesja zdjęciowa,  zapis czasów pełen nieupozowanego seksapilu i autoironicznego poczucia humoru. American Girl in Italy (pierwsza fotografia poniżej) staje się jednym z najsłynniejszym zdjęć ilustrujących Włochy lat pięćdziesiątych. A twarz Ninalee Craig na tej właśnie fotografii nie przestaje mnie fascynować, wyraża obojętność pomieszaną z pewnością siebie i poczuciem wyższości, które jednak bardziej niż odpychać, przyciągają. Wyższa szkoła seksapilu? 

 

 

 

Więcej zdjęć z sesji we Florencji na stronie poświęconej Ruth Orkin

czwartek, 11 sierpnia 2011

Sycylia ma kolor kandyzowanej skórki pomarańczy, której barwę przybierają ściany barokowych kościołów o zachodzie słońca. Pachnie mieszanką migdałowych, cytrynowych i oliwnych drzewek. Ulice noszą tutaj nazwy morskich bogiń, via delle sirene, largo delle ninfe. A mieszkańcy mają na twarzach wypisane wiatrem i słoną morską bryzą tysiące niezwykłych historii.

Pozdrowienia z Sycylii przesyła Pyza

 

 

 

 

 

 

 

 

 

01:28, latajaca_pyza , Podróże
Link Komentarze (17) »
środa, 22 czerwca 2011

Po dwóch latach wróciłam na weneckie biennale sztuki z tym samym entuzjazmem i ogromnymi oczekiwaniami co poprzednio. I choć atmosfera tego wydarzenia ciągle jest niepowtarzalna, a Wenecja to najbardziej niezwykłe miasto na świecie, tym razem było inaczej. Główne pytanie, jakie sobie zadawałam w ciągu tego weekendu, brzmiało co się zmieniło? Ja, moje spojrzenie na sztukę współczesną, sama sztuka? Dojrzałam artystycznie, stałam się bardziej wymagająca, czy może sztuka poszła nową, niezrozumiałą jeszcze dla mnie drogą? A może po prostu po pierwszym razie pełnym zachwytu, stałam się bardziej selektywna i krytyczna?

Na ścianie rumuńskiego pawilonu w Giardini przewrotnie wypisano powody, dla których nie powinnyśmy na biennale się zjawić: Venice biennale is a choking-on-money mercantilist fossil, Venice biennale = showroom of western hegemony, to keep off who's hot & who's not, tourist menu sucks, to make art the way we feel it, without considering its potential to succeed... Przyznam, że po raz pierwszy zaczęłam się zastanawiać nad negatywnymi stronami tej imprezy.  Na przykład masowość biennale - jaki sens ma nagromadzenie takiej ilości sztuki w jednym miejscu. Nie sposób zobaczyć wszystkiego, kolejne instalacje ogląda się w biegu, szybko traci się koncentrację. Albo hierarchiczność - skupiając się na głównych punktach biennale, jakimi są Giardini i Arsenale, po raz kolejny uciekły mi pewnie równie interesujące, ale rozsiane po całej Wenecji projekty mniej ważnych artystycznie krajów. W tym roku wyjątkowo przeszkadzał mi też podział na pawiliony narodowe, podkreślony dodatkowo przez temat przewodni biennale Ilumi-Nacje (Illuminazioni).  Koncept narodów nijak się ma do sztuki, co według mnie to biennale pokazało. Ba, równie dziwna wydała się mi obecna od zawsze forma konkursowa - jakby sztukę współczesną można było zmierzyć i porównać. 

To wszytko byłoby jednak zupełnie do przełknięcia, gdyby nie same prace prezentowane w Wenecji. Przede wszystkim za dużo filmów, które często były i półgodzinnymi profesjonalnymi produkcjami czy dokumentami nadającymi się bardziej na biennale filmu niż sztuki. Zbyt mało sztuki, która nawet jeżeli pozostawała dla mnie nie do końca zrozumiała, dawała satysfakcję estetyczną dzięki ciekawym kompozycjom, formie, fakturze, kolorom, grafice. Choćby dlatego zrobiłam niewiele zdjęć. W tym roku zabrakło właściwie też mojego ulubionego trendu - sztuki, która angażuje widza, która wychodzi poza kontekst, nadaje nowe znaczenie dobrze nam znanej rzeczywistości. Zamiast tego widziałam sporo prac koncepcyjnych, które było dla mnie zupełnie niezrozumiałe, a co gorsze na tyle nieatrakcyjne, że nie miałam nawet ochoty wysilać się aby je rozszyfrować. Najbardziej zdumiewający okazał się włoski pawilon, który w tym roku okazał się gniazdem chaosu i kiczu. Teoretycznie Vittorio Sgarbi wpadł na fantastyczny pomysł zapraszając ponad 200 znanych postaci świata sztuki, literatury, filmu i telewizji (między innymi Dario Fo, Giuseppe Tornatore, Ferzana Ozpetka, Hanifa Kureishi, Oliviero Toscani, Tahara Ben Jellouna) do wybrania artystów i skomentowania przygotowanych przez nich prac. Ilość ekspozycji była jednak przytłaczająca, wiele z nich zbyt dosłownie potraktowało temat przewodni biennale, który we włoskim pawilonie łaczył się z 150 rocznicą zjednoczenia Italii. A juz zupełnym nieporozumieniem było dla mnie Muzeum Mafii - pozbawione artystycznej interpretacji było po prostu... muzeum.

Tyle mojej krytyki, która bynajmniej nie oznacza, że nie było projektów, które mnie nie zaskoczyły i nie zaintrygowały. Było ich po prostu mniej. Nie oznacza ona również, że się do biennale zraziłam. Być może wrócę jeszcze jesienią do Wenecji. Oznacza ona, że nabrałam dystansu do prezentowanych na biennale prac,  że znowu nauczyłam się czegoś nowego o sztuce współczesnej i o sobie. A to wcale nie mało. 

 

Wejście do głównego pawilonu w weneckich Giardini. Gołębie na na gzymsie to część instalacji Maurizo Cattelana. 

sobota, 11 czerwca 2011

Dobre wieści, coś się zmienia we włoskiej polityce! Dwa tygodnie temu w wyborach samorządowych partia Berlusconiego poniosła pierwszą klęskę. Poprzedziła ją bezpardonowa batalia ideologiczna, która w ostatnich dniach przed drugą turą wyborów przybrała wręcz formę niekończącej się parodii. Wszystko przez strategię strachu jaką przybrała partia prawicowa strasząc mediolańczyków między innymi zalewem komunistów, imigrantów, muzułmanów i meczetów. Szalały serwisy społecznościowe, dyskusje na Facebooku osiągały po 50 komentarzy.  Na Twitterze ktoś zadał Letizii Moratti (dotyczasowej burmistrz Mediolanu z partii Berlusconiego) niewinne pytanie o plany budowy meczetu w dzielnicy Sucate przy via Puppa. W odpowiedzi jej sztab kategorycznie skrytykował tę inicjatywę. Rzecz w tym, że dzielnica Sucate ani via Puppa, nie mówiąc nawet o planach budowy meczetu nie istnieją! Była to czysta prowokacja przeciwnika Moratti, który w oryginalny sposób nie tylko podważył kompetencje urzędników, ale też ostro nabił ich w butelkę (sucate w slangu to dość niecenzuralny czasownik). Oczywiście już na drugi dzień internet zaroił się zdjęciami z wyimaginowanej dzielnicy Sucate, ba, powstał nawet przewodnik Lonely Planet!

Dzień, w którym ogłoszono wyniki, w Mediolanie oddychało się nową, lepszą atmosferą, festa przy Duomo trwała do północy, a po placu przechadzał się kolejny kpiarz z napisem Grazie Allah!  Na drugi dzień wszędzie pojawiły się pomarańczowe plakaty nowego burmistrza Giuliano Pisapii z napisem Milano Buon Giorno. Oby rzeczywiście był to początek nowych lepszych dni.

 

 Giuliano Pisapia - nowy burmistrz Mediolanu

 

W niedzielę Włosi stają do kolejnej batalii. Tym razem odbywa się narodowe referendum, które porusza trzy niezwykle ważne kwestie: prywatyzację wody pitnej, plany budowy elektrowni jądrowych oraz prawo polityków do niestawianiu się na procesach sądowych ze względu na obowiązki służbowe. Choć w moim otoczeniu właściwie nie mówi się o niczym innym, w środkach masowego przekazu panuje zmowa milczenia. Berlusconiemu, który kontroluje zarówno media publiczne (z racji urzędu) jak i prywatne (jest ich właścicielem), na rękę jest aby Włosi w referendum udziału nie  brali. Nawet jeżeli wyrażą sprzeciw przeciwko planowanym ustawom prywatyzacji wody czy budowy elektrowni, ale nie zagłosuje 51% społeczeństwa, wyniki nie będą prawomocne. Berlusconi zamiast przekonywać do swoich racji i ryzykować przegraną, po prostu siedzi po cichu.

Wśród moich znajomych mobilizacja do pójścia na referendum jest ogromna, w poniedziałek  okaże się, czy wystarczyła. Sama niezmiernie ubolewam nad faktem, że nie mogę głosować. Mieszkając od dobrych kilku lat we Włoszech, podlegając tutejszemu systemowi prawnemu, płacąc podatki jak wszyscy, chciałabym współdecydować o dotyczących również mnie kwestiach. Poważnie rozważam możliwość (już mi przysługującą) wystąpienia o obywatelstwo włoskie. Ciągle jeszcze jednak  nie podjęłam ostatecznej decyzji. Rozważaliście kiedyś podobną możliwość?

Trzymajcie kciuki za referendum!

Update1: Do 22.00 w niedzielę frekwencja wyniosła 41%. Głosowanie trwa do 15.00 w poniedziałek.

Update2: Pierwsze informacje po zamknięciu urn: frekwencja wyniosła 55%, czyli referendum jest ważne!

Update3: Kolejne projekty ustaw obalone 90% głosów. Buon giorno Italia!

wtorek, 15 lutego 2011

O absurdalnej sytuacji politycznej i społecznej we Włoszech pisałam już niejednokrotnie. Seksistowska telewizja, reklamy pełne golizny,  premier otoczony haremem niepełnoletnich prostytutek i byłych miss noszących teki ministrów.  Jeżeli nie czytaliście o tym u mnie, to na pewno dotarły do was wiadomości z ostatnich tygodni. W każdym innym kraju takie hece już dawno skończyłyby się bolesnym upadkiem szefa rządu i nowymi wyborami. Wszędzie, tylko nie we Włoszech. Mój znajomy żartuje, że Berlusconi zabawiał się z wnuczką Mubaraka, ale do do misji wcześniej podał się ten drugi.

To, co od tak dawna krytykowałam na blogu, w końcu dotarło i do powszechnej świadomości włoskich kobiet. Kobiet, które są wykształcone, które pracują i zajmują się rodziną, kobiet, które chcą być szanowane za to, kim są, a nie za to, jak wyglądają.  W niedzielę Włoszki wyszły na place i ulice aby zamanifestować swój sprzeciw przeciwko seksualnej polityce partii Berlusconiego. Były nas tysiące, wszystkie z białymi szalikami na szyjach, studentki, matki, emerytki, nauczycielki i gospodynie domowe, Włoszki i emigrantki. Jakże przejmujące było przemówienie młodej Egipcjanki, która nawiązała do zwycięstwa manifestantów w Kairze, jakże jadowite było wystąpienie Dario Fo, jakże emocjonujące były słowa czytane przez znanych włoskich dziennikarzy i pisarzy. Wzruszające były starsze panie z wielkimi, uszczypliywmi napisami wypisanymi na kartonach, ci wszyscy mężczyźni, którzy przyszli by nas wesprzeć, te dzieciaki, których mamy już teraz pracują by wyrosły na mądre, niezależne kobiety. Ale najbardziej poruszające było to, że było nas tak wiele. Że zebrałyśmy się wspólnie by zaprotestować przeciwko tym, którzy usiłują odebrać nam godność i szacunek. Dobrze było tam być tego popołudnia. Wszystkie przypomniałyśmy sobie, jak wielką mamy siłę i potencjał.

 

Białe szaliki - symbol manifestacji

 

To nie jest kraj dla kobiet, ani tym bardziej dla małych dziewczynek

 

Ten pan szukał Ruby (osiemnastoletniej Marokanki, która miała kontakty seksualne z Berlusconim)

 

I ją znalazł: Ruby i jej koleżanki

 

Nawet psiaki obecne na manifestacji miały białe szaliki

 

I nasz ulubiony slogan: Lisbeth Salander, zajmij się tym ty!

 

 

O sytuacji kobiet we Włoszech pisałam chociażby w tych trzech tekstach:

One

Włoska wideokracja

Kobiety i władza

czwartek, 02 grudnia 2010

 

 

Filmy nakręcone na podstawie powieści zawsze rozczarowują rozbieżnością  wyobrażeń czytelnika i wizji reżysera. Historie zostają pozbawione naszych ulubionych smaczków i ważnych dla nas wątków, aktorzy w niczym nie przypominają naszych bohaterów, wszystko zgrzyta i  denerwuje. Tego samego spodziewałam się po adaptacji ekranowej Samotności liczb pierwszych Paolo Giordano, ale mimo wszystko bardzo chciałam zobaczyć ten film ze względu na reżysera. Saverio Costanzo to młody włoski twórca, który przed Samotnością nakręcił zaledwie dwa filmy fabularne, ale już swoim pierwszym dziełem, bardzo intymną historią o palestyńskiej rodzinie zatytułowanym Private podbił moje serce. Jego spotkanie z prozą Paolo Giordano zaintrygowało mnie od chwili, kiedy o nim usłyszałam. Nic dziwnego więc, że jak tylko film pojawił się we wrześniu we włoskich kinach, ruszyłam na konfrontację.

Tym, którzy nie mieli okazji czytać powieści ani mojego wpisu o niej, śpieszę wyjaśnić, że książka to historia Mattii i Alice, którzy po traumach przeżytych w dzieciństwie wyrastają na wyalienowanych i zagubionych ludzi. Choć łączy ich wieloletnia przyjaźń, nie potrafią się do siebie zbliżyć. Przypominają liczby pierwsze, które choć bliskie sobie, nigdy nie spotkają się w jednym szeregu ramię w ramię.

Samotność liczb pierwszych to pierwsza adaptacja filmowa, która mnie nie rozczarowała. Owszem, jest zupełnie inna niż książka, inna niż wyobrażenia, jakie o niej miałam, ale nie zgrzyta.  Film  jest bardzo autorską interpretacją reżysera, który inteligentnie ingeruje w scenariusz (napisany wspólnie z autorem książki), zupełnie wywracając do góry nogami charakter i atmosferę tej historii. Powieść napisana jest bardzo minimalistycznym, precyzyjnym językiem, bije od niej chłód i melancholia. Film za to kipi  pop-rockową muzyką z lat 80,  zdecydowanymi, mrocznymi barwami, mocnymi emocjami. Miejscami manierą przypomina wręcz sentymentalny horror z muzyką, która sugeruje mrożące krew sceny (zerknijcie na zwiastun filmu). Ta formuła nieźle się sprawdza podkreślając dramatyczne przeżycia bohaterów, ale przede wszystkim kotłujące się w nich emocje, przeżyte upokorzenia i wyrzuty sumienia, które przez całe życie usiłują ukryć i zapomnieć. Ten kontrast wirującego,  głośnego świata i ich zagubionych, jakby zastygłych w czasie sylwetek, uderza przez cały film i zapada w pamięć.

Costanzo skupia się w filmie na cielesności bohaterów, która odzwierciedla ich wewnętrzne problemy. Podobnie jak w książce, Alice walczy z anoreksją (Alba Rohwacher, fenomenalna włoska aktorka, jest filmie naprawdę przerażająco wychudzona), podczas gdy Mattia, który w dzieciństwie kaleczył ciało nożem,  z wiekiem coraz bardziej przybiera na wadze (brak tego motywu w powieści).  Ten prosty zabieg pokazuje jak tych dwoje zamiast przybliżać się do siebie, coraz bardziej się od siebie oddala. Przede wszystkim jednak sugeruje, jak bardzo  oboje nienawidzą swojej powłoki, jak źle czują się w swojej skórze, nie akceptują siebie. Próbują uciec od samych siebie.

Film Costanzo to bardzo odważna konfrontacja z bestsellerową we Włoszech powieścią, konfrontacja, która większość widzów solidnie rozczarowała. Mnie ten obraz również miejscami irytował intensywnością,  zbyt głośną muzyką, pustymi dialogami, brakiem chronologii, swoistym chaosem i krzykliwością.  Ale przyznam, że ta adaptacja również zupełnie mnie zaskoczyła i zelektryzowała.  Zachwyciła mnie stroną wizualną. Zmiany w scenariuszu  przesunęły w tej historii akcenty, wydobywając dodatkową dramaturgię, przekaz powieści jednak się nie zmienił. Liczb pierwszych jest nieskończenie dużo.  Świadomość, że nie jesteśmy jedyni, wzmacnia, ale nie pomaga zbliżyć się do innych.

 

 

 

 

 

czwartek, 25 listopada 2010

Nasza wizyta w Rzymie zbiegła się z rozpoczęciem lokalnego festiwalu filmowego. Nie byłabym sobą, gdybym zajrzała  do programu pokazywanych filmów, po czym potrafiła odmówić sobie wieczoru w rzymskim Auditorium, gdzie stworzono festiwalowe miasteczko. Uwielbiam atmosferę festiwali filmowych, pełną oczekiwania ekscytację widzów i twórców tuż przed seansem, spontaniczne dyskusje przy kieliszku czerwonego wina po projekcji, tę witalną otoczkę, jaką takim imprezom zapewniają zakochani w kinie i sobie młodzi ludzie. Przebywanie w takich miejscach, zawsze daje mi dodatkową energię, którą wysysam niczym ekranowy wampir z niewinnych kinomaniaków.

Raczkująca dopiero, bo pięcioletnia, impreza zorganizowana została w Rzymie z wielką pompą, a ambicjami równa się czołowym festiwalom na świecie. Pierwszy raz byłam na tak  dużej imprezie, co okazało się, przyznam, ciekawym doświadczeniem. Filmy konkursowe były dość interesujące, ale  dodatkowo organizatorzy  świętowali pod egidą festiwalu wszystkie możliwe premiery, które zbiegły się w czasie z trwaniem imprezy. Najazd hollywoodzkich gwiazd przyciągał więc nie tylko miłośników kina ale i tabloidów. Śmiesznie było stać w tłumie otaczającym czerwony dywan i wsłuchiwać się w okrzyki zbieraczy autografów na widok poszczególnych osób wyskakujących z gracją z lśniących limuzyn: och, Orlando Bloom (akurat, jakiś włoski aktor...), o! Eva Mendez (aha, może dwa dni wcześniej). Jedynie, kiedy pojawił się Martin Scorsese, nie było wątpliwości, że to on. Ja sama najbardziej ucieszyłam się, kiedy w sali kinowej na projekcji swojego filmu pojawiła się osobiście Susanne Bier. O jej nowym filmie już pisałam, a później z satysfakcją zanotowałam, że In a better world zdobył na festiwalu nagrodę jury oraz  publiczności, co wróżyła owacja na stojąco, jaką na koniec seansu widzowie zgotowali  reżyserce i aktorom.

Festiwal, nad którym czuwa dobry duch Federico Felliniego,  w tym roku celebrował 50 urodziny La Dolce Vita. Nasz filmowy wieczór  nie mógł więc zakończyć się inaczej niż spacerem po pogrążonym we śnie Rzymie szlakiem Anity Ekberg i wizytą przy fontannie di Trevi. Kiedy tam dotarliśmy, pan sprzedający prażone kasztany szepnął nam w tajemnicy, że Marcello i Sylvia właśnie zniknęli za rogiem...

 

 

 

 

 

 
1 , 2 , 3 , 4